Europe, North America, South America · 188 Days · 116 Moments · June 2017

pół roku lata


18 December 2017

Przygotowania do świąt: oby woda w basenie była zima.
Na pożegnanie Argentyny kilka prozaicznych zdjęć z życia codziennego: 1. Tak zazwyczaj wygląda reszta w Argentynie... 2. Czasem wygląda też tak :) 3, 4, 5. To Kasia wrzuciła :P

17 December 2017

Czujemy dżunglę - czyli pełnia lata w Iguazú.
Cataratas del Iguazú: czy znaleźliśmy się w raju?!

16 December 2017

Rosario - miejsce narodzin dwóch największych argentyńskich bohaterów: Che Guevary i Messiego. Oglądamy historyczne centrum i drzewa wyglądające, jak mieszkańcy... ;-) Upały dają się we znaki. Uliczny, lokalny sprzedawca batoników pyta, skąd jesteśmy i mówi do nas bezbłędne "dzień dobry" na końcu życząc "wesołych ścian".

12 December 2017

Stopem przez Argentynę.
Typowy kierowca tira potrzebuje trzech telefonów. Rodzinnym wystarczą dwa ;-)

10 December 2017

Punta Tombo: ogromna kolonia pingwinów Magellana. W grudniu się rozmnażają i wykluwają. Chodzą może i wolno, ale pływają jak rakiety. Niedaleko mniej turystyczne miejsce, na którym wypoczywają słonie morskie.

7 December 2017

Stopujemy z El Chaltén do Puerto Madryn. Pierwszego dnia czekamy w sumie 10h, a przesunęliśmy się o 120km. Jako, że konkurencja była spora w tych okolicach, nawiązujemy sojusz polsko-izraelski i łapiemy razem z Micha. Drugiego czekaliśmy 3h i zabrakło nas trzecie auto, które przejechało. Był to kompletnie pusty terenowy autobus wycieczkowy ze stolikami, gazetami i książkami, a kierowca - mówiący pięcioma językami, były żołnierz z doświadczeniami z Afganistanu i Afryki - jechał ponad 3000km z czego w naszym kierunku 1300km. W tym czasie Chris praktycznie nie jadł (jedzenie go usypia, poza tym jak pracuje to pości 3 dni w tygodniu), przerwę zrobił tylko 3 razy: na tankowanie, drzemkę 6h i kawę poranną. Podróż trwała 30h i z Micha i Chrisem rozstajemy się w Bariloche.

2 December 2017

El Chaltén: miasteczko w Argentynie u stóp góry Fitz Roy: jednej ze 100 najpiękniejszych gór świata wg. książki o tym samym tytule. Z obłoczkiem dookoła przypomina smoczą górę. Miasteczko założono podobno jedynie w celach turystycznych z obawy przed imperializmem Chile, które rościło sobie prawa do tego terenu. W okolicach góry nadal nie przebiega jednoznaczna granica między tymi krajami. Z El Chaltén wychodzi wiele szlaków do lagun, lodowców i szczytów parku narodowego Los Glaciares. W przeciwieństwie do znanej i bardzo turystycznej bazy wypadowej w El Calafate, El Chaltén jest zupełnie darmowe i przyciąga głównie turystów z namiotami. Btw: jeszcze nigdy nie mieliśmy takiej konkurencji na stopie, jak próbując wyjechać z tej miejscowości: po pięciu godzinach czekania w pięćdziesięciometrowych odstępach pojawił się samotny jeździec w siedmioosobowym vanie, który pozbierał nas wszystkich z drogi. Tylko dwie osoby się nie zmieściły :-P

1 December 2017

Park narodowy Torres del Paine na zdjęciach nie wygląda i nie pachnie tak dobrze jak w rzeczywistości. Zdjęcia chcieliśmy robić co dziesięć metrów, co rusz zachwycało nas coś nowego. Poszliśmy również obejrzeć odłamany niedawno fragment lodowca Grey. Niestety przypłynęły do nas tylko mniejsze jego części. Dryfujące odłamki lodu znajdowały zastosowanie w whiskey spożywanej przez turystów nad brzegiem laguny, której drugim końcem jest ów lodowiec. Sam gigantyczny odłamek Greya utknął w wąskim przesmyku na lagunie, dokąd nie udało nam się dotrzeć.

28 November 2017

Dopływamy do Puerto Natales: prawie koniec świata.

26 November 2017

Na południe Patagoni wyruszamy rejsem pomiędzy fiordami. Czterodniowa przeprawa przebiega generalnie spokojnie poza 24-godzinnym odcinkiem na otwartym oceanie. Latające talerze, krzesła, stoły i ludzie przekonały nas o tym, że wcale nie jest tak spokojny, jak o nim mówią. Wiele słyszeliśmy o orkach i setkach delfinów, które można zobaczyć podczas tego rejsu, jednak my nie mieliśmy aż tyle szczęścia 😭 Na pocieszenie widzieliśmy kilka pływających pingwinów, lwy morskie i lodowiec.

19 November 2017

Tymczasem w Santiago de Chile... 😁😎🌞

17 November 2017

Z górki na pazurki. Wyjeżdżamy z Boliwii i jedziemy autostopem do stolicy Chile. Trafiamy na miesiąc kwitnienia chilijskich pustyń i podziwiamy dawno nie widziany Ocean Spokojny. Dzięki super kierowcom i naszemu kalamburowemu hiszpańskiemu dowiadujemy się m. in. o miejscach w Chile, w których można zająć dowolną pustą działkę nad wybrzeżem, bez formalności, płatności, kto pierwszy ten lepszy... Domek nad oceanem za darmo? Chyba tu jeszcze kiedyś wrócimy na dłużej... 😉

14 November 2017

Kasia nie chce wyjeżdżać z Boliwii... :-(
Gejzery Sol de Mañana, położone są na wysokości 4850m npm ok. 2500m wyżej od gejzerów Yellowstone. Nie są chyba zbyt znane, bo w internetach najwyżej położonymi gejzerami na świecie są okrzyknięte gejzery chilijskie, leżące na 4300m npm. W przeciwieństwie do gejzerów Yellowstone, między tymi można było spacerować swobodnie i bez ograniczeń. Czy to dobrze? W Yellowstone informowali, że grunt jest zdradliwy i chodząc po nim w każdej chwili może się ukruszyć i można wpaść do środka bulgocącej wody. W Boliwii się tym nie bardzo przejmowano :-) Koniecznie trzeba je obejrzeć przed wschodem słońca, gdy temperatura wynosi ok. 0°C. Zaraz po oglądaniu gejzerów zdjęliśmy czapki, rękawiczki, kurtki, buty, swetry, bluzki, spodnie i skarpetki i wskoczyliśmy prosto do gorących źródeł. Taka wanna z gorącą (i super zdrową!) wodą na środku lodowatej pustyni o wschodzie słońca... Chcielibyśmy tak codziennie przed pracą.

13 November 2017

Viscacha: królik z długim ogonem, który nie jada marchewki, nikogo się nie boi i uwielbia pomarańcze. Jedziemy z Fernando - najlepszym przewodnikiem, kierowcą, kucharzem i fotografem w całym Uyuni w jednym - przez pustynie, góry i laguny z przerwą na piknik na gruzowisku. Fernando pochodzi od Aymarów i wytłumaczył nam, że czaszki z La Paz to nie byle jakie głowy, ale mędrców z danego rodu, którzy potrafili m. in. przewidywać przyszłość, uzdrawiać i czytać w myślach. Są przechowywane w rodzinie przez pokolenia i czczenie czaszki ma przynieść ludziom mądrość przodka. Dodał, że "pozyskiwanie" nowych jest już zabronione...
Pustynia Salvadora Dali: artysta prawdopodobnie nawet nigdy w życiu tu nie był, ale rozsypane tutaj przez wulkan kamienie podobno przypominają jego dzieła. Jedno jest pewne: słońce tak przygrzewa, że różne rzeczy mogą się zacząć wydawać i każdy surrealizm jest prawdopodobny.
Flamencos! Takie ładne, a tak śmierdzą! Dzięki temu nie gustują w nich ani ludzie, ani pobliskie pumy. Skuteczna obrona...

12 November 2017

Salar de Uyuni. Położona na wysokości 3650m npm i 30 razy mniejsza od Polski pustynia solna. Niby wielkie nic, ale można godziny spędzić na zabawie ze zdjęciami!
Plac zabaw dla każdego: cmentarz pociągów w Uyuni.

9 November 2017

Potosí - miasto z ciekawą postkolonialną architekturą, a w dodatku trafiliśmy na święto 10 listopada, które mimo, iż było miejskim świętem, obchodzone było co najmniej jak święto narodowe: w bardzo huczny sposób. W defiladach z czerwono-białymi flagami można było zobaczyć boliwijskich żołnierzy (wyglądających jak dzieciaki!) i orkiestry. Przemarsz odbywali również mieszkańcy, także z orkiestrami i nieodłącznym bazarem. Fiesta zaczęła się już 9ego i raczej nie wyglądało, żeby miała się skończyć dzień później. My jednak ruszyliśmy dalej, następny przystanek: Uyuni.

8 November 2017

Huayna Potosi - nie ważne, jak się nazywa, ważne ile ma. Na wyprawę 6000+ 88m, zostawiając za sobą ponad połowę tego tlenu, co nad Karaibami, odważył się tylko M. Oto, jak wygląda jego relacja: "Trzech Niemców, Szwajcar i ja. U podnóża gory napotkaliśmy groby gringo, nieoczekiwana zamieć śnieżna utrudniała ćwiczenia wspinaczki po lodowcu, nieprzespana noc w obozie na wysokości 5200 m (typowe dla nie zaklimatyzowanych), za to na szczycie widok na La Paz, a nawet jezioro Titicaca. Mimo trudności, trwająca trzy dni wyprawa skończyła się dla wszystkich pełnym sukcesem :)"

7 November 2017

Tiwanaku i Puma Punku. Zdecydowanie najbardziej zagadkowe miejsce archeologiczne, jakie widzieliśmy! Pomijając fakt, że w cenie biletu dla obcokrajowca 7 razy wyższej niż normalna, nie ma nawet opisów po angielsku, to jest są to absolutnie najciekawsze i najfajniejsze ruiny w jakich mieliśmy okazję być. Miasto zbudowane jest z andezytowych i diorytowych głazów (twardości 7/10), tak idealnie wykrojonych, wywierconych i wyszlifowanych, że ciężko uwierzyć, by zrobiła to jakaś pierwotna cywilizacja dłutem i kamieniem bez zaawansowanej wiedzy z geometrii. Zagadkę stanowi też fakt, w jaki sposób przetransportowano te bloki z oddalonego o ok. 15 km kamieniołomu. Brama Słońca, ważąca ponad 130 ton to obiekt wykonany w całości z jednego kawałka głazu! Ciekawe były również kamienie z maleńkimi, równoodległymi dziurkami, jak po ściegu. Przy okazji anegdotka o współczesnej matematyce w Boliwii: - Ile kosztuje awokado? - 3 po 10. - A jedno? - 3 boliwiany.

1 November 2017

Na Dzień Zaduszny wybraliśmy się na cmentarz. Miejsca pamięci ozdabiane były ciastkami z gipsowymi twarzami jakichś ludków. Tego dnia było wolne w Boliwii, a na cmentarzu panowała jedna wielka fiesta. Przy grobach rodziny urządzały pikniki rodzinne z ulubionymi potrawami zmarłej osoby. Grały orkiestry dęte lub małe ekipy gitarowe. Oczywiście wszyscy na raz, każdy przy swoim grobie. Wiadomo, że dobra fiesta musi trwać kilka dni: tydzień później indianie żyjący w La Paz obchodzą Dia de Los Ñatitas czyli Dzień Czaszek. Na cmentarz schodzą się ludzie, przynosząc w kartonie po butach czy innych pudłach czaszki swoich bliskich... Niektóre ładnie pomalowane, inne jeszcze ze skórą. Wszystkie ozdobione wieńcami na głowie i obsypane liśćmi koki. I znów: przy każdej czaszce osobna orkiestra i tańce, a także piknik. Smacznego... :-)
cz. 2 ...za pełnym przyzwoleniem rządu, prawo do samosądów. Przypominają o tym licznie rozwieszone w mieście kukły wisielców. Znana jest historia pary turystów, którzy zrobili zdjęcie jednej indiance (jak wiadomo, to skradło jej duszę). Para została ukamienowana przez lokalną społeczność, chłopak zmarł. Boliwijczycy są bardzo wierzący: najważniejsza dla nich jest Pachamama (Matka Ziemia). Wskutek chrystianizacji uznali, że stworzył ją Pan Bóg i nadal składają jej ofiary, np. z małych, suszonych lam. Można je było kupić na Targu Czarownic, obok indiańskich ziół na KAŻDĄ przypadłość (włączając w to raka, problemy w życiu zawodowym i intymnym). Również, prawdopodobnie jak nikt inny, głęboko wierzą w śmierć Jezusa w Wielki Piątek: tego dnia wzrasta drastycznie kradzież samochodów - można, bo Jezus nie widzi :)

30 October 2017

La Paz cz. 1. Zasady ruchu drogowego ograniczają się głównie do dwóch: kto pierwszy lub kto ma głośniejszy klakson, ten ma pierwszeństwo. Podział na jezdnię i chodnik jest umowny, bo i tak piesi chodzą, gdzie chcą, kierowcy jadą bez omijania pieszych, więc jak w porę nie odskoczysz, to w najlepszym wypadku złożysz jadącemu lusterko ramieniem. Również sygnalizacja świetlna w praktyce służy jako kolorowa, migająca ozdoba miasta. Ludzie rzadko jeżdżą swoimi autami, zasadniczym środkiem transportu jest busik, który można zatrzymać absolutnie wszędzie. Jeśli już jeżdżą swoim, to przeważnie zawożą towar na bazar... 🐄 Z drugiej strony w tym szaleństwie jest metoda: na busika w dowolną część miasta nie czekaliśmy dłużej niż 5min, pomimo, że nie ma rozkładów jazdy (jak, skoro nie ma nawet przystanków), a ruch drogowy przebiegał płynnie i dynamicznie. Cykaliśmy się robić zdjęcia ludziom, bo panuje w Boliwii...

28 October 2017

Pampas del Yacuma - położony wzdłuż rzeki Río Yacuma park. Spędziliśmy w nim, razem z dwoma Holendrami, Brytyjczykiem i francuską parą 3 dni, a naszym jedynym środkiem transportu w tym czasie było canoi. Wzdłuż rzeki obserwowaliśmy tyle różnych ptaków, co chyba w całym naszym życiu nie widzieliśmy: cudowronki, dziwne flamingi, tukany, przeróżne czaplopodobne, a poza tym mnóstwo kajmanów, kapibar, żółwi i małp. Drugiego dnia szukaliśmy na mokradłach anakond (na szczęście skończyło się na szukaniu) i łowiliśmy piranie na kolację i trzeba przyznać, że chociaż nie było tego mięsa dużo, to było bardzo, bardzo dobre - lepsze niż ze świnki morskiej 😉. Co najbardziej niesamowite: różowe delfiny, słodkowodny kuzyn normalnego🐬. Co jakiś czas wypływały (często parami) na powierzchnię i tryskały wodą, a wtedy wskakiwaliśmy do wody i zapominaliśmy o piraniach i obserwujących nas 🐊🐊🐊 przy brzegu. Delfiny to rzeczywiście inteligentne stworzenia: chciały się bawić tylko z M 😁

25 October 2017

W drodze z Copacabany do La Paz natrafiamy na małą nieciągłość. Nad przesmykiem jeziora, szerokości może dwóch Wisł pod mostem Poniatowskiego, wysiadamy, autokar pakują na jedną łódkę, nas na drugą i spotykamy się na drugim brzegu 😀

24 October 2017

Copacabana czyli uroki tajemniczego jeziora Titicaca po boliwijskiej stronie Andów. Z Copacabany wypływamy na południową część Wyspy Słońca (Isla del Sol) - miejsca, w którym wg. legendy narodziło się Słońce i Viracocha, najważniejsze bóstwa Inków. Mieszkający tu indianie Aymara bezbłędnie wywęszyli, czym jest biznes turystyczny i wejście na poszczególne tereny wyspy wiąże się z kolejnymi opłatami. Na wyspie nie ma ani dróg ani samochodów, a zwiedzanie zaczyna się niełatwą na wysokości prawie 4000m npm. wspinaczką po historycznych inkaskich schodach. Obejrzeliśmy kilka ruin po południowej stronie wyspy, niepowtarzalne widoki na jezioro, jednak ciekawsze ruiny na północy wyspy, miejsca związane z narodzinami bogów, były niedostępne z powodu kłótni pomiędzy mieszkańcami.

20 October 2017

Cañon Colca - odkryty w szalonych latach '80 przez polską wyprawę kajakarską kanion nad rzeką Río Colca. Przy okazji okazał się najgłębszym na ziemi, a teraz walczy o ten tytuł z innym niedaleko położonym kanionem. Postanowiliśmy do niego zejść i wejść. Samego dołu kanionu - położonego 1200m niżej - nie było nam dane zobaczyć, ale droga mleczna nad nim była niepowtarzalna. Po krótkiej nocy w kanionie wchodziliśmy przed wschodem Słońca z powrotem na górę. Droga do Arequipy, w której się zatrzymaliśmy, to 7h jazdy, więc trzeba było zdążyć na ostatni o 9:30 autobus. Cena za wstęp dla obcokrajowców: ok. 85zł (w kraju, gdzie dwudaniowy obiad kosztuje 8zł, a paliwo 4). Spytaliśmy o jakąś promocję dla Polaków i wtedy sprzedano nam bilet "Latino americano" - połowę tańszy. Rasizm cenowy, czy jak?

19 October 2017

Arequipa. Ładne architektonicznie miasto, położone u podnóża trzech wulkanów. W przeciwieństwie do Cusco, tu zakupy z alpaki robi się w butikach. Zabytkowa architektura została zaadaptowana na współczesne potrzeby: w Cusco były to ho(s)tele, restauracje, tutaj banki, firmy optyczne itp. Od razu rzuciły nam się w oczy ekskluzywne domy i samochody mieszkańców. Wulkany dobrze widać było z rana, ok. 6, potem powietrze zatrute spalinami ani nie pozwalało ich podziwiać, ani oddychać. Tak sobie to miasto. Chcieliśmy pójść do muzeum Santuario Andinos, w którym znajduje się Juanita - znaleziona na szczycie wulkanu El Misto dziewczynka, która dostała złożona w ofierze, a jej ciało zamarzło i do dziś zachowało się nieruszone, podobno nawet z krwią w żyłach. Niestety trafiliśmy na spis ludności: każdy jeden Peruwiańczyk miał siedzieć w domu od 7ej do 17ej i dać się spisać urzędnikom chodzącym od domu do domu. Sklepy, dworce i kościoły (niedziela) pozamykane, ulice opustoszałe, jak po apokalipsie!

17 October 2017

Prowincja.
5000+ przyklepane!!! I to w najpiękniejszym do tego miejscu na ziemi: Montaña de Siete Colores - Góra Siedmiu Kolorów. Miejsce to zostało odkryte po tym jak stopniał leżący tu lodowiec, zaś do celów turystycznych raptem 2 lata temu, więc wejściówka kosztuje jeszcze ok. 3$ (w przeciwieństwie do Machu Picchu, gdzie kosztuje 70$...). Szlak był bardzo łatwy i przyjemny, w dodatku malownicza sceneria snuła się na całej długości, za to największym wrogiem był ubywający tlen. Na szczycie (5300) widoki dosłownie zapierały dech w piersiach i bez żucia liści koki, prawdopodobnie nie byłoby nam tak wesoło. Koka Inków (nie mylić z kokainką) robotę robi, jeśli chodzi o zdrowie w górach, ale jak się przegnie, to się język nie zegnie: drętwieje i jakby chciał odpaść... Dodatkowo lokalni $łużą końmi każdemu, kto już nie ma czym oddychać, lub kto ma radochę z jeżdżenia na koniu w takich okolicznościach przyrody 😁

15 October 2017

Cusco. Jadąc doń zakładaliśmy, że nie bez powodu jego nazwa zaczyna się na tą samą literę, co Cancun: spodziewaliśmy się celebrytki w kategorii miast, słynnej z tego, że jest słynna, zapełnionej turystami, pod których tworzone jest wszystko od infrastruktury i architektury, po rozrywki. I nie dużo się pomyliliśmy, z tym że w przeciwieństwie do Cancun architektura stoi tu od XVI, zanim miasto stało się modne na TripAdvisor, a fantastyczna, żywa, kolorowa i pozytywna atmosfera wciąga bez reszty. Turystów rzeczywiście drugie tyle co miejscowych, ale byli uroczy i bardzo zabawni w tych swetrach z alpak, ponchach i czapkach andyjskich, sprzedawanych na każdym bazarze. Gringo Style, pokaz mody nie tyle miejscowej, bo oni tu nie noszą tego, co szyją turystom, ani też turyści nie włożyli by tego, co noszą lokalni 😁 I my zrobiliśmy drobne zakupy, bo karaibskie ciuchy na 3500m npm nie dawały rady. Zwiedziliśmy też genialne ruiny zabudowy z czasów, gdy Cusco było stolicą inkaskiego imperium.
Peruwiańska kreatywność nie kończy się na mieczu świetlnym policjantów. 1. Instalacje elektryczne w kabinach prysznicowych do podgrzewania wody w czasie rzeczywistym. Towarzyszą nam w zasadzie od Kolumbii. Oni może są niscy, ale reszta świata musi uważać, żeby mokrą głową nie naruszyć misternych konstrukcji. 2. Budki telefoniczne na łańcuchu: bo tutaj jeszcze nie dotarły kolumbijskie minutki i komórki na łańcuchach 😁 3. Druty kolczaste to nie wszystko. Czasami murki domów, które zazwyczaj są tylko poukładanymi jeden na drugim luźno kamieniami, wykończone są na górze posadzonymi (na kamieniach??) gęsto kaktusami. Mysz się nie prześlizgnie: chyba, że przez dziury między kamieniami... 4. Nasza ulubiona: Inca Kola. Koncern, który za nią stoi jest oczywisty. Nie rozumiemy tylko, dlaczego słowo Coca zostało zastąpione: wszak jest to nazwa towarowa i święta i zastrzeżona dla Inków! Naszym zdaniem Koka Inca jest właściwszą nazwą.

13 October 2017

Tele-50h-trans-Peru-port, czyli ciśniemy z Chachapoyas do Cusco. Chcieliśmy kontynuować podróż Andami, bo to i kolorowo, i ciekawie i na mapie krócej, ale zdecydowanie nam to odradzono. Pozostała podróż przez pustynną Limę. Dwa autobusy, dwa dni 😁

11 October 2017

Kuelap - Machu Picchu dla ubogich. Ruiny miasta inkaskiego na szczycie góry. Dojazd nawet dzisiaj nie jest łatwy, kierowca po drodze musiał się napić kubek nalewki od chłopa z jednej wsi, potem kubek winiacza od innego chłopa w drugiej wsi. Jak oni się tam wdrapywali?! Zejście do rzeki leżącej 1200 metrów niżej zajęło nam 2.5h po prawie pionowej ścianie, a po drodze strzelało w uszach. Wytłumaczenie jest tylko jedno 🚀.

10 October 2017

Gigantyczne aloesy, baba z chłopem, pies i kuń, samo południe czyli szlak na Wielki Kanion w Huancas.
Ryneczek Lidla, czy ryneczek w Chachapoyas? 3 Cytryny, czy 3 pomarańcze? Kurczak, czy świnka morska? A skoro o kurczaku: kurczak z ryżem i fasolką: na śniadanie, obiad czy kolację? Najlepiej po peruwiańsku, czyli cały dzień! Na śniadanie podawany jest z kubkiem kawy, do obiadu z sokiem, na kolację co kto lubi. Symboliczna bez-smakowa sałatka gdzieś w kącie talerza przypomina, że to nie jest kraj dla warzyw. Dla smaku dobrze jest trafić na jukę zamiast sałatki.

8 October 2017

Taxi do San Ignacio, czyli na całą wieś jeden Pawlak ma combi, więc wozi i ludzi i cargo do i z miasta. Cała przednia szyba potłuczona i parzyste biegi nie wskakują? Nie oceniamy auta póki nie zobaczymy, co potrafi na ostrych zakrętach i stromych podjazdach po żwirze. A ten mógł bardzo dużo 😵 W San Ignacio i Jaén rolę taxi, a także zwykłego samochodu osobowego pełniły motory-dyliżansy.

7 October 2017

Droga do Peru. Zboczyliśmy trochę z tzw. "gringo trail" i zamiast jechać do Piura w Peru wybraliśmy San Ignacio. Była to kontrowersyjna decyzja. Po drodze zepsuł się jeden z naszych autobusów, a ok. 60km od granicy skończył się asfalt. Odcinek bez asfaltu jechaliśmy ok. 20km/h co i tak było zawrotną prędkością, biorąc pod uwagę ostre zakręty nad samą przepaścią, czy - jako substytut mostu - drewniane kładki, może centymetr czy dwa szersze niż szerokość autobusu. Byliśmy zbyt przerażeni, żeby zrobić wtedy zdjęcie przez okno, ale na długo zapamiętamy ten grób w dole wyschłej rzeczki... Z buta przekroczyliśmy rzekę dzieląca Ekwador i Peru, razem z poznaną w ostatnim autobusie Armirą z Holandii. Była jedyną oprócz nas białą twarzą w tym autobusie pełnym Indian.

6 October 2017

Baños. Miasto położone pod (czynnym) wulkanem Tongurahua, w dolinie nad samym kanionem. Nic dziwnego, że tak ekstremalna lokalizacja uczyniła z Baños oficjalną ekwadorską stolicę sportów ekstremalnych. Patrząc na ludzi skaczących z mostu w dół kanionu, stwierdziliśmy, że musimy zrobić coś bardziej szałowego niż kąpiel w basenach termalnych :-P I tak wybraliśmy się na canyoning. Polegało to z grubsza na schodzeniu z góry w dół, ale wodospadami i z pomocą lin. Stroje były tak sexy, że można się było przestraszyć, dobrze, to podróż poślubna i odwrotu nie ma :-P Ostatniego dnia załapaliśmy się na wielkie otwarcie nowych term, ze wszystkimi możliwymi atrakcjami, sztucznymi falami, zjeżdżalniami, placem zabaw, który cały tryskał ciepłą, podgrzewaną prosto spod wulkanu wodą. Zabawnie było patrzeć na zazdrosnych dorosłych oglądających kąpiące się w nocy, w świetle fajerwerków dzieci. Nam też było szkoda...

4 October 2017

Cotopaxi, czyli próbujemy zdobyć jeden z aktywniejszych wulkanów. Miało być tak, jak na tej pocztówce, a było tak. Pogoda nie dopisała, więc i szczyt widzieliśmy tylko na pocztówce. Minione po drodze alpaki, laguna i dzikie konie próbowały zrekompensować nam te stratę. Sam krater wulkanu to wspinaczka na ok. 5900m npm, toteż zrobiliśmy sobie tylko krótki spacer po granicy wiecznego śniegu do bazy wypadowej dla szaleńców-alpinistów (4864m).

3 October 2017

Quito. Stolica. Jesteśmy całkiem wysoko, ok. 2800m npm, jakieś 40km od równika po drugiej stronie świata. Czyli to już połowa naszej podróży! Czas nam tu upłynął raczej powoli, miasto jak wiele innych. Pod względem kulturowym i artystycznym bardziej polecilibyśmy Otavalo. Jako, że tu było bardziej tłoczno, skorzystaliśmy z okazji, żeby bez większej krępacji fotografować ludzi. Z naszych obserwacji wynika, że kompletnie nie przyjęły się tu wózki dla dzieci. Popularna forma dorabiania, nawet wśród miejscowych dresów, to pucowanie butów. I robią to naprawdę dobrze! Szlakiem niecodziennych malowideł oglądamy też rzeźbę MB Dobrego Zdarzenia: trochę pyzata jak na Maryję. Pan rzeźbiarz pojechał po odpowiednie farby do Europy, a gdy wrócił, oblicze było już (cudownie) namalowane. Zamiast się wkurzyć, że na darmo jechał, wpadł w zachwyt, że czegoś podobnego/pięknego jeszcze nie widział. Rzeźba stoi na pamiątkę objawień jakie w XVIw. miała pewna zakonnica odnośnie ludzi i wydarzeń XXw.

2 October 2017

Idziemy do Ekwadoru! Na granicy wszystko przebiegło szybko i sprawnie. Dostajemy kolejną pieczątkę i turystyczną mapkę, z której dowiadujemy się, że Ekwador przeznacza 15mln $ rocznie na rozwój turystyki, a w razie potrzeby bezpłatne szpitale służą pomocą każdemu. Suniemy Andami, a pierwszy ekwadorski przystanek robimy jeszcze po naszej (północnej) stronie świata, w Otavalo. Miasto słynie głównie ze sporego targu rękodziełami tutejszych, wyrobów z alpak, hamaków, etc. Żal przyjeżdżać, kiedy ma się wypchany po brzegi plecak i brak wystarczających rezerw budżetowych i przestrzennych na te wszystkie pamiątki. Druga ciekawa rzecz to miejscowi. Wszyscy w ludowych strojach, bardzo ładnych, gustownych, od butów po kapelusze, a kobiety dodatkowo z fantazyjnym naszyjnikami. Skoro o zakupach: od 17 lat walutą Ekwadoru jest USD. Tak zmęczonych banknotów to jeszcze nie widzieliśmy. Popularnym swego czasu artystycznym rzemiosłem było ich kopiowanie, dlatego najwyższy uznawany nominał to 20$.
W 🇨🇴 oczarowały nas przede wszystkim wiejsko-górskie krajobrazy, pyszne owoce i uczciwość miejscowych. Po drogach jeżdżą głównie autobusy i motory, mało ludzi jeździ swoim autem, chyba że pickupem z załadowaną ludźmi, psami i jakimś towarem paką. Autobusy są bardzo dobrze zorganizowane, dworce przypominają terminale lotniskowe, a cena biletu jest ZAWSZE przedmiotem negocjacji. W przeciwieństwie do Meksyku używa się tu bardzo grzecznych zwrotów: "Si/no Señor(a)" czy też nadużywane wręcz w restauracjach, sklepach, transporcie "A la orden" (dosłownie: "na rozkaz" po naszemu "do usług") i pewnie wielu innych, które nasze ucho nie wyłapało :P Jako, że w Kolumbii wszystko kosztuje 1000+ COP, zakwaterowanie 10000+, nasz hiszpański wskoczył na nowy poziom. W Meksyku wystarczało ogarniać liczby do 200. Z początku kompletnie nie rozumieliśmy cen, a jeść trzeba było, więc dawaliśmy największy nominał, jaki mieliśmy i czekaliśmy ufnie na resztę. Nie do zrobienia w Meksyku :-P

1 October 2017

Ekwador. Już wkrótce...
Las Lajas. Jeśli ktoś - tak jak my - interesuje się obrazami malowanymi nieznanymi na ziemi pigmentami, to Las Lajas jest obowiązkowym punktem. Będące tu alpaki i specyficzne przekąski przypominają, że miasteczko graniczy z Ekwadorem. Wg. legendy w XVIII w. nad kanionem rozszalała się ogromna burza. Matka i jej głuchoniema córka zeszły w dół kanionu i schroniły się w jaskini. Tam dziewczynka cudownie odzyskała mowę, a w miejscu ich schronienia odkryto malowidło. Naukowcy nie wiedzą, czym zostało namalowane, ale wnika w głąb skały "laja" i po mimo kiepskich warunków atmosferycznych: ściekająca woda, grzyby, etc. nie niszczeje. Z jaskini stworzono ołtarz, wokół którego dobudowano resztę kościoła-mostu łączącego obie krawędzi kanionu. Naszą uwagę przykuł również ciekawy, niespotykany raczej w tych szerokościach styl budowli. Projekt nie był finansowy ze środków UE, a człowiek, który chodził po ludziach i zbierał na to dzieło, po jego ukończeniu odzyskał wzrok.

29 September 2017

Być w Kolumbii i nie spróbować jej najsłynniejszej używki, to jak nie być w Kolumbii! W Salento odwiedziliśmy stosowną farmę, poznaliśmy różne metody obróbki wpływające na smak, kończąc wizytę degustacją: trzeba przyznać, że daje kopa. Paradoksalnie najlepszy towar jest eksportowany za granicę, w Kolumbii można dostać głównie ten 2. kategorii, nieliczne farmy dystrybuują - głównie na cele turystyczne - kawę (bo oczywiście to o niej mowa :-P) pierwszej klasy, zbieranej, obrabianej i prażonej jak drzewiej bywało. Niedaleko Salento znajduje się Valle del Cocora: górska dolina z najwyższymi na świecie palmami. Biorąc pod uwagę super specyficzne geograficzne wymagania, w jakich dojrzewa kawa oraz te palmy, Salento wydaje się być naprawdę unikatowym miejscem na świecie! PS. Praca na plantacji lekka nie jest, stąd tradycyjny kolumbijski posiłek: bandeja paisa=fasola+wołowina+boczek+awokado+sadzone+smażony platan+smażony ryż. Bomba kaloryczna nie wskazana na żołądki w rozmiarze podróżniczym 😰

27 September 2017

Guatapé i Piedra del Peñol. Fajny fraktal na mapie i głaz leżące na wschód od Medellin. Głaz to stary jak świat monolit, który chcąc nie chcąc stoi i dorabia na państwowy budżet: wejście na niego jest 4 razy droższe niż do muzeum złota w Bogocie, ale ze szczytu mamy świetny ogląd na otaczające Guatapé jeziora. Samo Guatapé to miasteczko, które razem z El Peñol rości sobie prawo własności do głaza. Konflikt chyba nie jest rozstrzygnięty, a próba przejęcia głaza poprzez umieszczenie na nim napisu przez tych pierwszych skończyła się na dwóch literkach GU i błyskawicznej interwencji tych drugich. Poza przebiegłymi mieszkańcami Guatapé ma również kolorowe domki. I to nie, że tylko w centrum, na pokaz, ale każdy jeden dom w tym mieście ma jakąś kolorową historyjkę na fasadzie! Fajny klimat oraz rozśpiewani i roztańczeni turyści kolumbijscy dopełniają reszty.

25 September 2017

Medellin. Nie wiemy na ilu wzgórzach się piętrzy, ale jest ich sporo, co daje - szczególnie nocą - niezwykłego uroku tej narkotykowej stolicy. Odkryliśmy tutaj bardzo czyste, rozwinięte i turystyczne miasto, a terminale autobusowe zawstydzają niejedno lotnisko! Najniebezpieczniejsza jeszcze kilkanaście lat temu dzielnica, Comuna 13, na której działał kartel Escobara, dzisiaj cała wypełniona jest kolorowymi graffiti. Podobno był to sposób na zaktywizowanie i wydobycie z marazmu mieszkańców. Jako, że jest to jedna z tych dzielnic, które leżą na wzgórzach, postawiono tam... ruchome schody! 😁 Inne leżące na wzgórzach comuny, zazwyczaj biedne, połączone są z centrum miasta kolejkami górskimi, które są po prostu kolejnymi nitkami medellińskiego metra. Robi wrażenie! Bez dodatkowej opłaty, w cenie biletu za metro, można się nimi przejechać ponad górami i dachami, a wszystko to powstało w jakieś 25 lat! A jeśli mowa o słynnym baronie, to się tu o nim generalnie nie mówi.
Bogota: muzeum złota i ogród botaniczny. To pierwsze niedrogie i zdecydowanie warte polecenia. Kolekcja dzieł z epoki prekolumbijskiej była rzeczywiście spora, ale z drugiej strony godzina czy dwie zupełnie wystarczyły, żeby ją ogarnąć i zrozumieć jak te maleńkie, dopracowane w każdym detalu cudeńka powstawały. To drugie drogie i rozczarowujące. W tej strefie klimatycznej spodziewaliśmy się czegoś więcej niż kilku palm, 3 rodzajów kaktusów i pokrzywy w grządkach...

22 September 2017

Bogota przywitała nas bardzo chłodno, zaledwie 27°C. Pierwsze wrażenie: Kolumbijczycy są bardzo pozytywnie nastawieni do przyjezdnych, często starają się pomóc (tak n a p r a w d ę) nawet, jeśli sytuacja tego nie wymaga. Z lotniska na nocleg udaliśmy się publicznym transportem. Jeśli ktoś ma przeczucie, że zrozumiał już wszystko, niech spróbuje zrozumieć logikę systemu TransMilenio! Nam udało się dotrzeć na miejsce z pomocą lokalnych, którzy też drapali się po głowie, czytając schematy autobusowe. Podobnie jak w Mieście Meksyk jazda komunikacją miejską się nie nudzi! Co chwilę ktoś wchodził i śpiewał, sprzedawał, opowiadał. Poza tym na ulicach sprzedaje się prawie wszystko: od karkówki na patykach, przez minuty połączeń telefonicznych do wszystkich sieci (budka z komórkami przywiązanymi łańcuchami), aż po własnoręcznie wyskrobywany aloes na szampon. W naszym odczuciu jest to duże i atrakcyjne, tętniące życiem, studenckie miasto. I pierwszy raz w życiu widzieliśmy tutaj kolibra!

21 September 2017

Stoimy w kolejce na odprawę lotu do Bogoty. Nagle pojawia się pracownik lotniska i pyta czy mamy bilet wyjazdowy z Kolumbii (nie mamy). Dziwnie szczęśliwy oferuje pomoc, gdyż jak twierdzi wystarczy dokonać rezerwacji, a potem można ją odwołać: u niego za jedyne $50!! Przekonuje, że jacyś Niemcy już zapłacili, czary mary coś pokazuje na tel. Nawet nie podziękowaliśmy za taką pomoc i wkurzeni poszliśmy. Szybko się rozniosło, że gringosy wpadły w sieci i nagle stanęło koło nas z 5ciu łebków (pracownicy) oferując pomoc w odprawie za $40! Nie wydawało nam się to nawet przedmiotem do negocjacji, kupujemy dostęp do wifi i kombinujemy. Na szybko nie udało się nic zarezerwować bez płacenia, więc przygotowujemy własne "rezerwacje" na bazie prawdziwego lotu znalezionego na kiwi.com i ponownie próbujemy się odprawić. Pytają o nr lotu, nazwę linii, datę... żadnych potwierdzeń nie trzeba mieć! Oczywiste, że wszyscy to tam wiedzieli! Zaczynamy rozumieć, czemu większość miała złoto w miejsce jedynek..

20 September 2017

Żegnamy Meksyk: kraby na plażach w Tulum i czyste wody Bacalar, słodkie, zielone pomarańcze i przepyszne, różowe pitaje, wszystkie dziwne robale i mrówki popylające z nachosami. Wspaniałe miejsce na naprawdę rajskie wakacje, przepysznymi drinkami, koktajlami, sokami, kuchnią. Jest gdzie pływać i nurkować, jest co zwiedzać i jest się na czym bujać. Przy tym wszystkim nachalni-lokalni, którzy widzą w białym jedynie piniądz, to naprawdę niewielka rysa w całym krajobrazie. Będziemy bardzo dobrze wspominać wszystko, co w Meksyku przeżyliśmy i wszystkich ludzi, których spotkaliśmy, wszystkie długie rozmowy z Francuzami, Niemcami, meksykańskimi policjantami (śpiewającymi po rosyjsku i rzucających siarczystymi kur**mi - Polacy zdecydowanie mają fory w Meksyku 😁) i naszymi kierowcami.
Autostop w Meksyku działał rewelacyjnie. Lepiej nie mogliśmy sobie tego wymarzyć. Ludzie byli bardzo życzliwi i troskliwi, często częstowali nas kupionymi po drodze świeżymi owocami, kokosami, a raz postawili całą kolację. Jechaliśmy stopem ok. 20 razy (dokładniejsze statystyki po powrocie 😎😎) i tylko raz zostaliśmy poproszeni o zapłacenie za paliwo (przez amerykańską turystykę, która utrzymuje się z wynajmu mieszkania oraz sprzedaży lokali w San Francisco...💰💰💰). Z ciekawszych wspomnień na długo zapamiętamy jazdę opłotkami, omijając posterunki policji z gościem, który wyjeżdżał od żony w Chetumal do swojej dziewczyny w Playa del Carmen, był taksówkarzem i dorabiał, przemycając ludzi z Salwadoru do Stanów (200$/os taka usługa). Do dziś zastanawiamy się, co jeszcze wiózł swoim autem oprócz nas... W internetach jedni mówili, że 👍 jest w Meksyku niemożliwy ze względu na agresywnych taksówkarzy, inni że jest to kraj-raj do stopowania. Nas tylko w Mieście Meksyk lokalni przestrzegli.

16 September 2017

Poznajemy już drugiego Amerykanina, który przeprowadza się do Polski 😁

14 September 2017

(Piraci z Karaibów 2) W innych miejscach obowiązuje zmowa milczenia. Kiedyś spytaliśmy babeczki w sklepie, ile zapłaciła, ale nie chciała nam powiedzieć. Innym razem kupujemy napój na straganiku, taki sam, jak poprzednia osoba. Pytamy po ile, w odpowiedzi słysząc: "10... A nie, 20pesos, 20". Meksykanie to naprawdę bandyci i za każdym razem trzeba uważać, a negocjując ceny łatwo zejść co najmniej o połowę. Na szczęście jeżdżąc stopem spotkamy bardzo wielu lokalnych z duszą na ramieniu: serdecznych, życzliwych. Potwierdzają, że Meksyk nie jest przyjazny dla turystów, ale nie chcą, byśmy źle myśleli o ich kraju i są bardzo gościnni, częstują nas swoimi ulubionymi przekąskami. To ludzie zupełnie inni od tych krzykliwych wciskaczy kitu i cieszymy się, że mogliśmy poznać obie twarze Meksykan.
(Piraci z Karaibów 1) Rynek przy zonie archeologicznej w Tulum nastawiony jest wyłącznie na turystów ze Stanów. Pomimo, że spotkaliśmy wielu ludzi z Ameryki Południowej, czy Europy, głównym środkiem płatniczym był dolar, a ceny były nawet 5 razy wyższe. Lokalni sprzedawcy i taksówkarze są bardzo głośni, nachalni i krzyczą do ciebie "Amigo" dopóki nie wypowiesz magicznego zaklęcia "No tengo dinero". Za kemping położony na kupie piachu, bez cienia cienia, wifi, toalet, chciano od nas 400pesos/noc (ok. 85zł), podczas gdy zazwyczaj śpimy za 200 w hostelach czy kempingach z internetem, kuchnią i sanitariami. Drogie restauracje przy plaży oferowały meksykańskie dania po amerykańskich cenach, chociaż obsługa ani nie mówiła po angielsku, ani nie była kulturalna, a samo miejsce wyposażone było w plastikowe meble rodem z bazarków. Jak to powiedział kierowca busa w Valladolid, kiedy zaczęliśmy z nim targować cenę, "my nie jesteśmy bandytami" i zapytał przy nas lokalnych w busie ile zapłacili.

13 September 2017

Tulum: zona archeologiczna i Gran Cenote. Oba miejsca są mocno oddalone od miasta, więc dobrze jest wypożyczyć rower. Stanowisko archeologiczne położone jest nad samym morzem. Z najwyżej położonego pałacu roztacza się ładny widok zarówno na miasto Majów jak i na plaże. Wejścia do parku broni ostronos rudy o imieniu Lucy, której to wolno tutaj wszystko, bo jest pod ochroną. Gran Cenote to jedna z bardzo licznych jaskiń wypełnionych krystalicznie czystą i chłodną wodą. Pływanie z maską pozwala oglądać dno jaskini, stalagmity, żółwie i ryby, a bez maski: stalaktyty, nietoperze na "suficie", gniazda ós i ptaków.
Tak jak wspomnieliśmy, najlepsze co można zrobić w Cancun to z niego wyjechać/wypłynąć, a jednym z kierunków, w którym należy to zrobić jest Isla Mujeres ("Wyspa Kobiet"). Byliśmy oczarowani! Lazurowe wody, przejrzystość aż po dno, żółwie, kolorowe ryby. Skorzystaliśmy z okazji nurkowania z rurką wśród raf kolorowych i wraku jakiegoś statku. Pływanie z tymi wszystkimi kolorowymi stworzeniami w krystalicznie czystej wodzie... Wow. Odwiedziliśmy też delfiny w ich więzieniu, co akurat wzbudziło w nas mieszane uczucia, żółwie w rozmnażalni żółwi: podobno w naturalnych warunkach dożywa jeden na 1000, więc trochę im tu w tym pomagają. Isla Mujeres nie da się opisać, to trzeba przeżyć! Wspominaliśmy już jak ciepłe jest Karaibskie morze? 🛀

11 September 2017

Kawa z mlekiem i z lodem w Cancun. Takie było Kasi zamówienie. To, co przyniósł kelner, to zimne mleko z lodem oraz słoik kawy granulowanej... Chwila dezorientacji i wytłumaczenie łamanym hiszpańsko angielskim, że chodziło o normalną kawę, a dodatkowo lód. Kelner zrobił mądrą minę, jakby złapał wątek, zabrał mleko z lodem, wrócił się jeszcze, bo zapomniał zabrać słoika z kawą, po czym patrzymy, a on wrzuca wszystkie składniki do blendera, miksuje i wraca z "frappe". I kompletnie nie rozumiał, o co chodzi z naszą prośbą, żeby kawę zaparzyć 😁 W trzecim podejściu przyniósł nam gorącą wodę z mikrofali, słoik kawy, kubek z lodem i filiżankę mleka. W cenie kawy mieliśmy darmowe "do it yourself" 😁
Cancun - jego sława wyprzedza go samego, jednak samo miasto w naszym odczuciu nie ma wiele do zaoferowania i nie myślimy tak dlatego, że trafiliśmy tam na tropikalną ulewę. Wszystkie ciekawe atrakcje: nurkowanie, archeologia, cenoty, przygoda w dżungli, wyspy, etc. zaczynały się od wyjazdu do sąsiednich miejscowości. Publiczna plaża, na której byliśmy, jest zupełnie martwa: zero handlu, ludzi w zamian za to algi i śmietnik - i to tuż przy ogrodzeniach licznych hoteli. Być może zona hotelowa prezentuje się zupełnie inaczej, jednak nie doszliśmy aż tak daleko. Droga, która do niej prowadziła była pusta, bez naszych ulubionych małych przedsiębiorców gastronomicznych, sklepów, owoców. Minęliśmy za to - rzecz rzadko spotykana w Meksyku - IMAX, kilka wielkich hoteli i jakąś pustą galerię handlową. Centrum miasta bardziej tętniło życiem i to tam naszym zdaniem warto spędzić czas będąc w Cancun.

10 September 2017

Hol Box. Po wyspie jeździło wszystko, co daje radę bez asfaltu: rowery i skutery, ale przede wszystkim wózki golfowe. Atmosfera wyspiarska kompletnie nas pochłonęła: życie w postaci kubańskiej i meksykańskie muzyki na żywo, handlu, barów, czy jedzenia ulicznego toczyło się do południa, a potem po zachodzie słońca. Czas pomiędzy to wielogodzinna siesta w wielkim upale, w czasie której głównie się leżało: na plaży pod palmami lub na hamakach w jakimś dobrze zacienionym miejscu. W przystępnych cenach można było pić przepyszne owocowe napoje chłodzące, zimnego kokosa, lub driny i koktajle: nasz numer 1 to piñacolada, potem długo długo nic. Hol Box jest bardzo dobrym punktem wypadowym na pływanie z dzikimi waleniami i żółwiami: niestety z powodu utrzymującej się złej pogody na morzu musieliśmy zrezygnować z tej przygody. Spędziliśmy tutaj trzy wspaniałe dni i jak tylko zdarzy się okazja wrócimy znów: gdy morze będzie spokojne, walenie w sezonie i z miejscem w plecaku na pamiątkowy hamak.

6 September 2017

Valladolid to jedno z naszych większych odkryć. Czarująca architektura, uśmiechnięci, gościnni i bardzo pomocni mieszkańcy oraz jedno z tych nielicznych miejsc, gdzie cena wyjściowa to właściwa cena bez względu na kolor skóry kupującego. Centrum miasta to głównie turyści, niedrogie hotele, restauracje i zabytkowe budowle. Kawałek dalej znajdujemy ryneczek ze świeżymi owocami - wśród których znajomo wyglądają tylko banany i ananasy, mięsem, pieczywem i żywym towarem w postaci związanego drobiu. Być może warunki sanitarne wołają o pomstę do Brukseli, ale kto się nie przejmuje ten zajada przepyszne meksykańskie przystawki (antojitos) i popija fenomenalnymi, świeżo wyciskami sokami.
Chichén Itzá. Stary jak z Gniezno jeden z nowych cudów świata. Bilety w amerykańskch cenach gwarantują zobaczenie nie tylko 1000-letnich resztek miasta Majów: piramidy, obserwatorium astronomicznego, jakiegoś ryneczku, boiska do gry w pelotę, ale także pierdyliard bazarów z pamiątkami, a wszystko przy dźwiękach: "Hello, one dollar!!" czy też "Hola! Good price!!". Kilkakrotnie padały nawet w naszą stronę krzyki w języku Lewandowskiego: "Dobra cena!!". Pomimo, że pamiątki są faktycznie rękodziełami lub "Made in Mexico" oraz, że jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie tylu Meksykan włada angielskim uważamy, że atmosfera tego miejsca została kompletnie zrujnowana. Szkoda, bo poziom zaawansowania budowli tego miasta, piękne i w każdym detalu dopracowane reliefy, które przetrwały tyle lat rzeczywiście są cudowne i fascynujące.

5 September 2017

Przerwa w autostopie.

2 September 2017

Palenque. Razem z Dennysem z Chile odwiedzamy ruiny cywilizacji Majów: pochowane w dżungli piramidy i świątynie. Towarzyszy nam klimatyczna mgła, wrzask małp, śpiew ptaków i moskity. Jakiś czas temu odnaleziono tam dobrze zachowany grobowiec ze szczątkami, przedmiotami i niejasnymi inskrypcjami dookoła. Grobowiec jest badany, a turyści mogą oglądać replikę. Lokalni są niemożliwi. Naciągają na każdej transakcji. Przewodnicy wywiesili cennik swoich usług: 95$ lub 1300 pesos za prowadzenie grupy (1$=17pesos). Dla Amerykanów 95$ "per each", jeśli widzą, że gringo wolno mnoży.

31 August 2017

Cdn 😀

29 August 2017

Viva la comida! :P Oprócz stanowisk archeologicznych, godne polecenia są stanowiska degustacyjne, tzn. bazary pełne żarcia (i nie tylko). Pierwszy raz w życiu jedliśmy nie tylko papayę, tunę (owoc kaktusa) czy guyabaę ale też banany (najlepsze smażone) mango i ananasa! Poza tym: tacos, quesadillas, enchiladas, etc. Wszystkie na kukurydzianym placku: tortilla, z jakimś farszem, a nazwa wskazuje, czy placek jest złożony na pół czy zrolowany, zasmażany czy nie. Najczęściej jemy tortas: coś a lá hamburger, tylko z awokado i świeżymi warzywami. Przy każdej budce z jedzeniem było skupisko dyskutujących i jedzących na stojąco lub siedząco ludzi. Żeby nie było kolorowo, spróbowaliśmy michelady. Michelada to sponiewieranie piwa sosem sojowym/Maggie/inną vegetą podane w kuflu otoczonym na brzegu solą (?!?!) Jeśli chodzi o picie, to najlepsza jest z budko-rowerów agua fresca: zimna, owocowa woda, a wśród nich nasz numer 1: horchata - napój z ryżu, cynamonu i cukru podany z kostkami lodu.

28 August 2017

Viva Mexico! Stolica okazała się eksplozją kolorów, smaków i zwyczajów. Wszystkiego nie sposób zwiedzić w jeden tydzień w tak wielkim mieście: my byliśmy m.in. w Guadalupe, muzeum antropologii i na stanowisku archeologicznym Teotihuacan. W Guadalupe cudowny jest nie tylko obraz i historia z nim związana, ale również tańczący i śpiewający Indianie, miejscowa ludność w tradycyjnych strojach, bardzo pobożna i ekspresyjna. W autokarach, taksówkach wiszą sporej wielkości krzyże, a w całym mieście, gdzie nie spojrzeć, tam pomniki i obrazy, naszego papieża: gdzie leży Kraków - to wie większość ludzi z którymi rozmawiamy, w USA zdarzało się, że nie wiedzieli, gdzie jest Polska... W Muzeum Antropologii kalendarz Azteków okazał się być ołtarzem. Obejrzenie kolekcji dzieł Indian przed-hiszpańskich to zadanie na cały dzień: kamienne stelle, ceramiki, nie-puste sarkofagi. Na Teotihuacan - azteckie miasto z piramidami Słońca i Księżyca, rozplanowanym w zgodzie z kosmosem - patrzymy z obu piramid.

23 August 2017

Od kuchni 🍔
Oddaliśmy naszą Coyotę Torollę. Była dzielna, przejechała 9601 mil =~ 15451km, mało paliła (średnio po wszystkich tych górach i korkach 6l/100km) i wróciła z wyprawy z kilkoma bliznami: zarysowane drzwi zderzakiem jakiegoś bydlaka-pick up'a, wgniotka parkingowa drzwiami innego auta, wygięta przez słup rejestracja... Pani przyjmująca auta sprawdziła stan paliwa, przeszła się dookoła, przetarła rękawem nieszczęsne drzwi i po krótkim "You're good" puściła nas wolno. Tyle z inspekcji. Z tej okazji wrzucamy małą galerię amerykańskich pojazdów czyli "🎶Oh Lord won't you buy me a Mercedes Benz 🎶". Kampery, motorhome'y, pickup'y... i wielkie i skromne.

21 August 2017

Zaćmienie Słońca. Pełne trwało ponad półtora minuty - w teorii. W praktyce skończyło się tak szybko, że ledwo zdążyliśmy ochłonąć z wrażenia i zrobić zdjęcie. Nasz profesjonalny sprzęt w ten sposób zarejestrował to zjawisko. W rzeczywistości wyglądało ono kompletnie inaczej: Księżyc był w kształcie koła, a nie piłki do rugby i przechodziło przez niego tylko kilka promieni. Nagle zrobiło się ciemno i zimno dookoła.

17 August 2017

Mt Rainier był naszym ostatnim parkiem narodowym w USA. Przed nami cztery wielkie wydarzenia: jedno cudowne, drugie też, trzecie stresujące i czwarte ekscytujące: pełne zaćmienie Słońca w Oregonie, powrót do Kalafiorni i obiad w Fisherman's Wharf w San Francisco, oddanie auta w Oakland i lot do Meksyku 🇲🇽! A teraz czas na zasłużony odpoczynek... 😁

11 August 2017

Mount Rainier National Park. Park wokół lodowcowej góry, która jest czynnym wulkanem. Lodowców dużo więcej niż w Glacier National Park. W wyższych partiach parku: kolorowe łąki (sub)alpejskie. W niższych lasy, a wśród nich: Gaj Patriarchów (Grove of Patriarchs) - miejsce, w którym rosną ponad tysiącletnie drzewa, głównie cedry. Przekrój takiego przewalonego cedru - może nie tak ogromny, jak przewalonej sekwoi, ale też imponujący.

6 August 2017

Olympic National Park. Rezerwat (umiarkowanych) lasów deszczowych oraz pierwotnych, dzikich plaż nad Pacyfikiem. Jest super!! 🐙 Porośnięte z każdej strony zwisającym mchem i porostami drzewa, paprocie do pasa, plaże, na których można się poczuć jak rozbitek na bezludnej wyspie: skaliste, pełne kamieni i dziwnych roślin. Spędziliśmy tutaj 4 dni. Temperatura idealna: chłodno, wiatr a nad ranem codziennie gęsta mgła. Jest co oglądać, gdzie wędrować, sporo szlaków, niedużo ludzi.

2 August 2017

Seattle czyli Si'ahl - imię jakiegoś indiańskiego wodza. Bardzo fajne miasto, malowniczo położone wokół rozlewisk Pacyfiku i na wzniesieniach, które sprawiają, że ulice są bardzo strome (prawie tak jak w San Francisco). W centrum miasta: ciekawa architektura i ogromne wieżowce wzdłuż całych arterii. Niedaleko znajduje się jezioro a na nim przycumowane domy jednorodzinne. Najlepszy widok na miasto znaleźliśmy w parku Gas Works: starego gazociągu przerobionego na tereny rekreacyjne. Spacerując po mieście można natknąć się również na symbole i bohaterów "epoki słusznie minionej" 🐒

31 July 2017

Cz 2. ...Wszędzie restauracje i dania z dowolnej części świata. Naszym celem była dzielnica portowa i świeżo poławiany dziki łosoś. Dla formalności zrobiliśmy zdjęcie znicza olimpijskiego. W Vancouver spędziliśmy dobry czas, chociaż i tutaj zdarzały się całe ulice ludzi zombie - śpiących pod restauracjami, kompletnie zaćpanych, biednych i głównie młodych. Nic pod tym względem nie pobije Los Angeles, gdzie na głównych ulicach porozbijane były namioty i wszędzie mijało się wypchane śmieciami wózki z marketów. Najwyraźniej jest to nieodłączny element rozwiniętego kapitalistycznego krajobrazu...
Cz. 1 Kolumbia Brytyjska - miasta. Miasta nie są naszą najulubieńszą atrakcją do zwiedzania, ale po tygodniach łażenia po górach i lasach można zatęsknić za normalnym jedzeniem, lodami czy sklepami. Najładniejsze były miasta w parkach narodowych: Banff i Jasper. Czysto turystyczne, zadbane i przeważali w nich Chińczycy. Jeden Chińczyk robi w Chinach pamiątki z Kanady, drugi tu przyjeżdża, żeby je sprzedawać, a trzeci przyjeżdża, żeby je kupować. Prince George to pierwsze miasto w KB poza parkami w jakim byliśmy. Na mapie wyglądało na duże i atrakcyjne. Zderzenie z rzeczywistością było bolesne. Śródmieście przypominało peryferie, na ulicach siedzieli lub leżeli ludzie, którym mała prohibicja kanadyjska nie pomagała utrzymać równowagi. Główną atrakcją był brak Azjatów. Ani gdzie zjeść, ani dokąd pójść, tylko znaki ostrzegające o pracujących tu złodziejach. Co innego Vancouver, gdzie mieszka prawie połowa wszystkich mieszkańców KB: kolorowe, bardzo, aż za bardzo 🌈...

29 July 2017

British Colombia - Williams Lake. Odcięci od wieści ze świata nieświadomie wjeżdżamy do ewakuowanego miasta, które powoli wraca do życia. Dokoła miasta dogasają pożary lasu, a ponad nim unosi się ogromny smog. Niektórzy chodzą w maskach na twarzy. Z dymu wyłaniają się przy drodze billboardy: "Welcome back!" skierowane do mieszkańców, którzy na dwa tygodnie musieli opuścić swoje domy i dzisiaj mogą wrócić do domu. Ale nie zanosi się na spokojną noc. Wojsko i policja na ulicach sugerują mieszkańcom ponowną ewakuację, więc poradzono nam, by od razu stąd wyjeżdżać. Nocleg znaleźliśmy wiele kilometrów za miastem, w spokojnym miejscu nad jeziorem, skąd jeszcze widać było smugi dymu z okolicznych pożarów.

28 July 2017

🙌🙌🙌 Mamy dziada!!!* 🙌🙌🙌 *Niestety to najlepsze zdjęcie niedźwiedzia, jakie mamy - skubany pasł się przy drodze, ale szybko nas zauważył i spylił w krzaki. I tak jesteśmy usatysfakcjonowani 😎

27 July 2017

Jasper National Park to ogromny park (przejazd z południa na północ to odcinek ok. 300km), w którym jest wszystko oprócz plaży. Przez sam środek parku prowadzi autostrada transkanadyjska, a po drodze mijamy malownicze widoki na wielkie lodowce, meandrującą, turkusową rzekę, która zaczyna żłobić coś, co za kilkaset tysięcy lat będzie wielkim kanionem, oczywiście kilometry lasów i gór skalistych.

26 July 2017

Banff National Park. Wyjazd z jednego parku narodowego jest wjazdem do kolejnego. Charakterystyczne punkty: góry skaliste, turkusowa woda w rzekach i jeziorach oraz niewielkie kaniony. Dodatkowo Banff - turystyczne miasteczko z takimi Krupówkami, tylko zamiast górali i oscypków byli Azjaci i burgery. Atrakcja numer 1° na naszej liście: Liquor Store i piwerko Yukon 🍻 😋

25 July 2017

Kootoney National Park. Z okazji 150-lecia Kanady wjazd do wszystkich parków jest za darmo. Kootoney to góry skaliste i przyroda podobna do tej w Glacier National Park w Stanach. Ktoś w internetach napisał, że w Kanadzie nawet amator zrobi zdjęcie niedźwiedzia. Chodzimy więc po lasach i próbujemy znaleźć misia. Robimy co możemy, nie hałasujemy na szlakach, namiotujemy przy jagodach... Bez skutku. Obok parku trwa pożar lasu. Na namiocie znajdujemy rano popiół, co wcale nie oznacza, że w nocy było gorąco ;) ⛄

22 July 2017

Glacier National Park. To już ostatni gwizdek, żeby w Lodowcowym Parku Narodowym zobaczyć lodowiec - są na wymarciu, a do 2030r. zniknie ostatni. Polujemy na niedźwiedzia. Podobno można je spotkać na szlaku X, na który niezwłocznie się udajemy. Na miejscu okazuje się, że tak, rzeczywiście dziś tam są! 🐻 I dlatego szlak został zamknięty... Jezioro, nad które prowadził, jest teraz pełne ryb, co sprawiło, że wszystkie misie zbiegły się w to miejsce i zaczęły rywalizować. Zamiast zdjęcia walk niedźwiedzich wrzucamy więc zdjęcie kozy...

21 July 2017

Rozwiązanie zagadki nr 1. Rozwiązanie zagadki nr 2 to płyta winylowa 🎶 😁
Montana. Bozeman. Museum of the Rockies czyli muzeum dinozaurów i innych starych rzeczy. Jeśli chodzi o dinozaury, wygląda na to, że istniały. Najciekawszym eksponatem - naszym zdaniem - byli paleontolodzy na służbie. Przez osiem godzin siedzą za szybką pędzęlkując skamieliny, turyści patrzą im na ręce, pukają w szybkę i zadają pytania: odpowiadanie na nie wchodzi w zakres obowiązków. Drugi ciekawy eksponat zawierał zagadki: kilka przedmiotów używanych przez ludzi 50-80 lat temu trzeba było dopasować do opisów, co nie było takie łatwe. Nasuwa się pytanie: jak ludzie chcą określać przeznaczenie przedmiotów sprzed 1000 lat, jak z trudem odgadują tych sprzed 100?!

20 July 2017

Gorące źródła: prezentujemy dwóch najciekawszych reprezentantów w tej kategorii: Grand Prismatic (którego najlepszą fotografię zrobił chyba satelita Google) oraz Mammoth Hot Springs. Swoje kolory zawdzięczają bakteriom, które żyją we wrzącej (w ok. 90°C na tej wysokości) wodzie i nic im nie jest. Przy Grand Prismatic nawet da się oddychać. Najfajniejsza rzecz na świecie: kąpiel w lodowatej, górskiej rzece, do której wpada woda z gorących źródeł. Taka amerykańska wersja Miskolc tylko w Yellowstone i w 100% naturalna 🛀 😁

19 July 2017

Gejzery i gorące źródła Yellowstone to temat na oddzielne wpisy. W tym przypadku dobrze, że zdjęcia nie oddają zapachów, bo te zalatywałyby (powiedzieć "trąciły" to nic nie powiedzieć) starym, zepsutym jajem. Jedne gejzery są regularne (Old Faithful - "Stary Wierny" - wybucha średnio co 96 minut), a inne kompletnie nieprzewidywalne (najwyższy gejzer Łodzi Parowej (Steamboat) po roku 1991 wybuchł dopiero w latach 2000-2005 7 razy w tym dwa w odstępie miesiąca. Na wysokość 100 metrów). Gejzer Kotleta Schabowego (Pork Chop) potrafi pluć wodą i kamieniami, ale najczęściej po prostu plują wodą i siarką.

18 July 2017

Yellowstone. Marka sama w sobie. Park na styku dwóch płyt kontynentalnych, na czynnym wulkanie i w 2/3 strawiony pożarem z 1988 roku. Wydaje się niemożliwe, że w takich warunkach istnieje jeden z najpiękniejszych parków narodowych. Kanion, wodospady, jeziora, rzeki, góry, gejzery, wulkan, bogata dzika natura, jaccuzi w rzece... czego tu nie ma??

17 July 2017

Grand Teton National Park czyli Park Narodowy Okazałej Piersi. Góry rzeczywiście są okazałe, a co przypominają to już kwestia gustu. Podobne do Rocky Mountains, ale tu jest więcej jezior, rzek. Udało nam się spotkać łosie. Łoś podobno może dać na minutę nura do wody na głębokość 9 metrów tylko po to, żeby z dna jakieś wodorosty podjadać. Ciężko sobie wyobrazić, że wielki łoś zajada wodorosty, niedźwiedź leśne jagody (co prawda 100,000 dziennie), albo jeleń czy sarna trawnik na podjazdach, zaś takie chuderlawe przy nich kojot, sęp czy orzeł żywią się dziczyzną. W dzień były burze jedna po drugiej, a w nocy przymrozek. Pogoda pechowa, niedużo zwiedziliśmy. Nad ranem podziwialiśmy szron na naszym namiocie, na zdjęciu już powoli topniejący. Pan obok spał na hamaku...

15 July 2017

Rocky Mountains National Park. Takie nasze Tatry, tylko bez oscypków (oscypki... 😍), za to z burgerami z jelenia. Wdrapaliśmy się na Ypsilon, zobaczyć jak to wszystko wygląda z góry. Wyglądało przyzwoicie. Szczęśliwie obeszło się bez bólu głowy, kołatania serca, wymiotów i innych atrakcji, które można spotkać na 4005m n.p.m. Spędziliśmy tutaj 3 dni. Towarzyszyły nam takie właśnie mordki Miłosz próbował wtopić się w tłum.

11 July 2017

New Mexico. Zajechaliśmy tu do Santa Fe - stolicy Nowego Meksyku - oraz Los Alamos. Too się tu od bazarów z rękodziełami Indian. Za jedyne 1450$ można nabyć ręcznie haftowaną chustę. Trochę taniej wychodzi biżuteria: pierścionki z turkusem można było mieć już od 800$ 😁 Klasa średnia mogła się zadowolić niedrogimi arrasami z metką "Made in India"... czyli prawie jak indiańskie. Na nas największe wrażenie zrobiły schody na chór w kaplicy Loretto. Miały kształt helisy i żadnej podpory, na której rozkładałby się ich ciężar. Dzisiaj są z poręczą, oryginalnie powstały bez. Nie da się wytłumaczyć stabilności tej konstrukcji. Legenda głosi, że postawił je "tajemniczy" cieśla. Los Alamos: kiedyś sekretna osada założona na potrzeby Projektu Manhattan, dzisiaj ośrodek badań naukowych pokojowych: medycznych, środowiskowych, jądrowych. Na zdjęciach m.in. słoiczek piachu Stanisława Ulama z pustyni, na której testowano eksplozje. Przy wjedzie do tej pokojowej osady legitymowało nas dwóch żołnierzy.

9 July 2017

Mesa Verde i Chaco Canyon National Parks. Oddalone od siebie o ok. 100 mil w linii prostej niosą ślady istnienia tej samej społeczności indian Pueblo. Zanim Kazimierz Wielki nauczył nas, jak budować, ci ludzie mieszkali już od 400 lat w kamiennych pałacach i piętrowych domach z tunelami i piwnicami! Szukamy lądowiska dla pojazdów kosmicznych, ale wygląda na to, że sami do tego doszli 😉 Mesa Verde położone jest w spalonych pożarem górach, Chaco zaś na środku pustyni. Dojazd zawierał 16 mil szutrowej drogi, co na pewno nie spodoba się w wypożyczalni... ⛔

8 July 2017

Arches National Park. Naturalne łuki w skałach. Z ponad 2000 wszystkich widzieliśmy ~10. Szlaki prowadziły głównie po piachu, skałach i wąskimi grzbietami szczytem skał. Ciekawe, że niektóre z tych łuków są w tak odlotowych miejscach, że nikt normalny by się tam nie zapuszczał, a jednak ktoś kiedyś je odkrył. Znów spotkaliśmy się przypadkiem z Zielonym Busem! Świat jest mały 😁

7 July 2017

Bizon Amiszów
Zion National Park - czyli Park Narodowy Syjonu. Największa niespodzianka tej podróży. Po wizycie w Wielkim Kanonie nie spodziewaliśmy się już lepszych widoków na naszej trasie. Park ten to głównie potężne góry o pionowych zboczach. Poszliśmy szlakiem The Narrows, który prowadził rzeką pomiędzy dwoma wysokimi blokami skalnymi. Wszystko było idealne! Wszędzie latały motyle i ważki, wiewiórki kompletnie nie bały się ludzi, nie było żadnych much, ós, komarów, a temperatura, która na parkingu wynosiła około 45°C była tu z 10 stopni niższa. Do tego letni wiatr, ciepła, krystalicznie czysta woda w sam raz do kąpieli i cieknąca skałami woda idealna do picia...

5 July 2017

Północna Arizona, południowe Utah. Wzdłuż całej autostrady ciągną się góry i kaniony. Zza którejś góry wyłoniła nam się pustynia i wydmy w kolorze dyniowym. Spanie na pustyni jest fajne dopóki nie jest się obudzonym przez wycie kojotów 😑
Wielki Kanion. Przyjechaliśmy tu na wschód słońca oczekując spektakularnych widoków, ale jedyne cudowne zjawisko jakie spotkaliśmy to pusty, zacieniony parking. Za to widoku, jaki wyłonił się w południe, nie odda żadne zdjęcie! Ciężko uwierzyć, że ta fraktalna dziura wyżłobiona w płaskowyżu to dzieło jednej tylko - nie tak wielkiej zresztą - rzeki Kolorado (plus erozja i kilka trzęsień ziemi). Fajnym pomysłem wydaje się przyjechać tutaj z dronem, ale jest to zabronione. Drugim inspirującym widokiem były chińskie wycieczki. Mają ciekawe patenty na upały i wychodzenie na zdjęciach. Zawsze palce w V i "jej!!" na ustach 😀

2 July 2017

W drodze do Wielkiego Kanionu przejeżdżamy przez pustynię Mojave. Mieszka tam Tony - nasz znajomy z czasów wolontariatu na ranczu Heifer (A. D. 2014), który jak z rękawa wyciąga historie Amerykanów i Meksykanów na tych terenach - niezbyt chlubne dla tych pierwszych. Zajechaliśmy do knajpy Bagdad Cafe (znanej z filmu o tym samym tytule). Zgodnie z panującym tutaj zwyczajem zostawiamy na ścianie małą Polską flagę.

1 July 2017

Nasz dyliżans.

29 June 2017

Pozdrowienia dla fanów kaktusów! 🌵
Los Angeles, Chinatown. Tym razem pora na prawdziwą chińską zupkę. Smakowała idealnie. Zamówiliśmy obiad dla dwóch osób, a dostaliśmy jedzenia na trzy dni! Dobrze, że Amerykanie mają w zwyczaju pakować na wynos to czego się nie dojadło, to nie wyszło jakoś super cebulowato, jak z torbą żarcia stamtąd wychodziliśmy...
Hollywood. Zdjęcie nasze z napisem oraz zdjęcie miejsca, skąd takie zdjęcia się robi. Po drugiej stronie tegoż wzgórza znajduje się wielki cmentarz. Ciekawe miejsce, gdzie koło siebie, pod tą samą trawą spoczywają mason, satanista i chrześcijanin. Artyści i statystycy. Jedne groby są w trawniku, inne w marmurowej ścianie, a inne w grobowcu z wielkimi pomnikami. Niedaleko znajduje się obserwatorium astronomiczne. Ciekawa sprawa. Załapaliśmy się na pokaz wyładowań transformatora Tesli, zobaczyliśmy kilka kalifornijskich meteorytów, jeden kamyk z księżyca oraz inne atrakcje, którym CNK nie ustępuje. No i legendarny długopis Apollo, który ma wszystkie atrybuty rosyjskiego ołówka.

28 June 2017

Los Angeles. Korki o każdej porze dnia i nocy są prawdą. Nawet na drogach 6-7 pasmowych. Tutaj jedna ręka trzyma za kierownicę, a druga uderza w klakson. Wszędzie palmy. Zajechaliśmy na kampus UCLA. Jest gigantyczny! Rozpina się w górę i na boki. Większość budynków wygląda jak Hogwart. Przed wydziałem matematycznym znaleźć można The Invert Fountain: fontannę do góry nogami, albo raczej do dołu tryskaniem. Była zbyt duża, żeby wejść w kadr. Ale to coś w stylu powiększonej studzienki kanalizacyjnej.

26 June 2017

Kilka zdjęć ze smażalni w Summerland i Santa Monika. W Summerland pomieszkaliśmy kilka dobrych nocy pomiędzy trzaskiem fal oceanu, torami kolejowymi i trasą szybkiego ruchu (oznaczono na mapie). Do fal można było przywyknąć. Do highway'a też. Ale jak jechał towarowy w środku nocy, to jakby do namiotu wjeżdżał, taki łomot. Ale nie narzekamy. Drugiej nocy ugościliśmy ekipę z Polski. Rzucali się w oczy jadąc wielkim zielonym busem na blachach z Dzierżoniowa. I polecamy: #ZielonymBusem na Facebooku/YouTube/etc. 😎

25 June 2017

🍍🍍🍍

22 June 2017

Park z sekwojami. Zabrał się tam z nami pasażer na gapę i tak przejechał z nami z wiatrem w czułkach kilkadziesiąt dobrych mil. Pogoda zaskakuje: w cieniu ponad 100 stopni i rzeczywiście trochę się gotujemy! Wrzucamy kilka ujęć z naszego zakwaterowania, jakąś sekwoję - dla formalności i kilka innych okoliczności przyrody z Narodowego Parku Sekwoi. Po lasach grasują misie, dlatego w wielu miejscach postawione są blaszane skrzynie na przechowywanie swojego posiłku. Podobno warto z nich korzystać, co by samemu nie stać się posiłkiem, ale naszym zdaniem i tak nie działają one tak jak powinny.

17 June 2017

Yosemite. Straszny ukrop. Chodziliśmy po górach. Wciąż żyjemy :)
Dzień, noc i poranek nad oceanem - kilka ujęć z San Francisco.

14 June 2017

💈 Pozdrowienia z Grenlandii 😁💈
Nasz lot z Oslo do Oakland z godziny 15.35 o godzinie 21:40 wzięto i odwołano. Jeden samolot z dziurą, a drugi bez załogi, więc może to i lepiej. 350 osób (w tym jeden gość VIP 👳) na trzy cztery ruszyło po bagaż i do informacji. Po trzech godzinach dezinformacji totalnej podstawiono nam autokary i przewieziono do najbliższego wolnego hotelu 3 godziny drogi od lotniska (w jedną stronę ). Przed 4:00 dotarliśmy na miejsce. Na szczęście noc przez całą noc nie zapadła i słońce ani w te ani we wte. Hotel był czadowy. Dostaliśmy swój wypasiony pokój z łazienką i widokami w zestawie ze śniadaniem, na które było absolutnie wszystko i w dowolnych ilościach. Nieźle jak na pierwszą noc niskobudżetowej podróży z namiotem. Dostaliśmy też vouchery na jedzenie i nowy bilet i już nie możemy doczekać się chargebacka 🎅🙌