Europe · 84 Days · 885 Moments · May 2017

2. wyprawa rowerowa 4305,47 km


30 July 2017

"Mojemu Bratu w wyrazie uznania za pokonanie 4300 km podczas II Wyprawy Rowerowej po Europie Toruń-Lizbona. 11.06 - 22.07.2017 r." Moje słowa podziękowania utknęły gdzieś na terminalu i nie przeszły procesu weryfikacji. 😋
Praca Pawła Stępkowskiego, Głównego Nadzorcy Statystycznego.

24 July 2017

2. rowerowa wyprawa po Europie skończyła się szybciej niż było to zapisane w kalendarzu, ale i tak oferowała 4305,47 km czystej frajdy. Trzeba będzie tu jeszcze wrócić i dokończyć temat. Tak nie można tego zostawić. Zarys Afryki, Pireneje, lazurowe wybrzeże i Alpy - przecież warte są wysiłku i przygody. Kontynent europejski oferuje dużo ciekawych miejsc. Jest gdzie jeździć. 😁 Ps. Według naszego Głównego Nadzory Statystycznego czas jazdy wyniósł 253:47:56, przy średniej prędkości 16,96 km/h.
Moi drodzy, myślę, że jest naprawdę ostatni wpis w tym dzienniku, z którym - tak po prawdzie - ciężko mi się rozstać, ale chciałbym zamieścić w nim jeszcze jedną informację. Ponieważ od wielu z Was wyszła propozycja spotkania się nie wirtualnego, ale rzeczywistego, to przedstawiam datę 12 sierpnia i godzinę 18:00. Najlepiej koło pana Flisaka na Starówce, bo pan Mikołaj zawsze jest oblegany. Pójdziemy sobie do jakiegoś ogródka, na piwko czy cztery i pobędziemy razem, co przecież jest najważniejsze w tym wszystkich. Lokal musicie wybrać sami, bo ja już po pubach specjalnie nie chodzę, od kiedy poznałem Izę tj. żonę. 😁 Czekam zatem na odzew.
Jest jeszcze jeden punkt. 11. Jesteś nim TY. Ps. Jeszcze nie wróciłem z wyprawy. Nadal, gdzieś tam jadę myślami. Czuję, jak droga wciąż mnie do siebie woła; jak wymusza, abym do niej powrócił; jak magnetyzuje; jak szepcze czułe słowa. Już teraz buduję wizję odnośnie trzeciej wyprawy. Rower to inny wyraz mnie samego. To sposób na rozmowę i milczenie. Kapitalny wynalazek. Świetne narzędzie dla opowieści typu: "Pewnego dnia, postanowiłe(a)m coś zmienić."
Pozwólcie, że przekażę Wam wiedzę, którą dane mi było zdobyć. Nie obchodzi mnie, czy niektórzy stwierdzą, że to żadna wiedza, tylko dyrdymały człowieka po czterdziestce. A zatem: 1. Ufać bezgranicznie Bogu. Nie na chwilę i jej potrzebę. Nie tylko podczas fal euforii, albo ciemnic rozczarowań. Zawsze oznacza ZAWSZE. 2. Przyszłość, to nie sekunda później. To obecne TERAZ przesunięte w czasie, a czas to pojęcie wymyślone i urojone. 3. Życie to nie moje potrzeby i moje JA. Życie to inni ludzie, co oznacza pochylanie się nad potrzebami drugiego MNIE. 4. Miłość to ŻYCIE, w którym dane jest mi być. 5. Tym kim jestem i gdzie jestem określają moje współrzędne. To koordynaty ludzkich pragnień. 6. Najbliżsi, rodzina, przyjaciele, ludzie dobrej woli - to drogowskazy na drodze do SZCZĘŚCIA. 7. Bycie samym, to uczenie się siebie i rozmowa bez użycia słów. 8. Prawdziwa samotność prowadzi do tragedii. 9. Marzenia to JA, w innym wymiarze siebie. 10. Marzenie + wysiłek + wola = OCEAN.

23 July 2017

Dziekuję, przyjaciele. Dziękuję, rodzino.
Dobrej nocy, kochani. Wspaniałego dnia jutro. Przemek Ps. Koniec zapisu.
Kurtyna zapada, gasną świece. Przedstawienie kończy się już. Śpijcie dobrze, snujcie plany, Razem spotkamy się tuż.
Na sam koniec dzielę się tą wieścią. Na moją prośbę, Ernesto podesłał mi swój adres zamieszkania. Już niebawem wyślę jemu i jego żonie drobne upominki z Torunia za całe dobre serce okazane podczas naszego pobytu w Lizbonie.
Dlatego niechaj moja wdzięczność wyrazi się wielkim ukłonem względem Waszej obecności. Dzięki Wam przemierzyłem ponad 4300 km, a wiem, że gdyby nie Wasza stała "czujność" to, nie byłbym w stanie ujechać nawet połowy tego dystansu. Druga rowerowa wyprawa po Europie bardzo różni się od tej pierwszej. Pierwsza, choć wieczorami spędzana w towarzystwie ludzi, była tą prowadzona w pojedynkę. Druga choć prowadzona w pojedynkę zgromadziła aż 132 obserwatorów i tętniła rozmową i towarzystwem. Ciekawie, jaki charakter przybierze trzecia? Bo jeśli Bóg pozwoli, a żona się zgodzi, to wtedy zwiedzimy Belgię, Holandię, północne Niemcy (koniecznie odwiedziny wujostwo), Danię, południową Szwecję (wsiądziemy na prom) i część północną naszej Polski. Będziemy wtedy jechać nie dłużej niż 30 dni, po maksymalnie 110 kilometrów dziennie. Podszkolimy języki obce tak, aby tymi obcymi nie były. 😋 Czas pokaże, a ludzie ocenią.
Dzisiejszy​ dzień jest tym, który wieńczy całość. Chciałbym Wam za wszystko podziękować, co oznacza, że jestem wdzięczny za każdy, najdrobniejszy odruch bycia razem. Dlatego wychodzę z propozycją spotkania się na "mieście". Wiem, że może to być trudne, ale nie oznacza to, że niewykonalne. Wystarczy ustalić datę, godzinę i miejsce. Resztę zostawiam Wam. Zachęcam Was do tego gorąco. Dziękuję uczniom-absolwentom (a szczególnie tym, jawnie działającym), wiernym towarzyszom przeżyć - Michałowi Becie, Hubertowi Narojczykowi, Sarze Wegner, Wiktorii Lasockiej, Kindze Mutkowskiej, Kamliowi Mirke oraz Braianowi Suduł, a także wielu, wielu innym. Dzięki tym młodym ludziom zawód nauczyciela nabiera sensu, bo sprawdza się nie tylko w szkolnej ławie, ale wzdłuż rzek Niemiec, łąk Belgii, w stolicy Luksemburga, pośród wsi Francji, pustkowia Hiszpanii, aż wreszcie nad Atlantykiem w Portugalii. Dziękuję Wam za to bardzo.
Zbliżamy się do końca naszej podróży. Nadchodzą ostatnie jej minuty. Wielu z Was zadaje pytanie, czym jest "ściana". Patrząc z perspektywy czasu, "ściana" to pustka, niemożność działania i wyboru, bezcelowość i wreszcie samotność. Przez te wszystkie dni trwania podróży nigdy, ale to nigdy, nie doświadczyłem stanu bycia samotnym. Wystarczyła jedna minuta, aby było inaczej. Samotność to ból, który wzmocniony bólem fizycznym staje się nie do wytrzymania. Nie potrafiłem jej unieść. Bycie samotnym oznacza brak możliwości podjęcia decyzji i podzielenia się nią. Ta najbardziej destrukcyjne uczucie, w którym człowiek wykrzykuje słowa "Eli, Eli, lama sabachthani".

22 July 2017

" II Wyprawa Rowerowa Przemka po Europie Magda, Marlena, Paweł, Robert"
Przed domem z kwiatami, plakatem, statuetką z grawerem oraz szampanem czekali na mama, Beata, Magda, Marlena, Krzysztof, Paweł i Robert, a także sąsiedzi. Życzenia i zrozumienie nadeszły drogą e-mailową, sms-ową i telefoniczną ze wszystkich stron naszego dziennika; nawet z Niemiec i Portugalii. Zabrakło mi słów, aby wyrazić swoje uczucia.
Już na samych rogatkach Torunia powitał mnie Rafał Ronatowski, ktory wręczył mi mocny w promile prezent własnego wyrobu.
Na lotnisku.
Nad Warszawą.
Wschód słońca.
Po raz pierwszy w samolocie pasażerskim.
Rano na promie, w nocy na lotnisku. Samolot jest opóźniony o godzinę.

21 July 2017

Odebrał mnie z dworca. Znalazł zastępcze lokum, naprzeciwko swego mieszkania w kamienicy. Zaprosił do siebie, znalazł połączenie za 80 Euro + dodatkowe opłaty, czyli w sumie za 175. Zadzwonił do serwisu i powiedział, co i jak. W serwisie rower został zdemontowany i zapakowany w karton, bo takie są wymogi linii lotniczych (wujku Emanie, poproszę o przywrócenie roweru do stanu użytkowego). Przywiózł z powrotem do lokum. Zadzwonił do swojego człowieka. Ten ma za godzinę do mnie podjechać i zawieźć mnie na lotnisko. Ma być ze mną do końca odprawy. Ernesto nie wziął ode mnie ani grosza. Całkowicie za darmo, bezinteresownie. Jedyna opłatą to lokum i transport na lotnisko. Ale to idzie do kieszeni innych ludzi. Odlatuję o 1:20 tutejszego czasu. Brat odbiera mnie z Okęcia za kilka godzin później. Tak się kończy druga, rowerowa wyprawa po Europie. Jeśli dojdzie do trzeciej, inaczej się do niej przygotuję. Dziękuję Wam za wszystko, za każdą chwilę spędzoną na trasie i... przepraszam.
Jak wyglądał dzień? Zatrzymałem się na 67 kilometrze... Zawróciłem do najbliższej stacji, na pół jadąc, na pół idąc. Pociąg miałem dopiero po 17:00. Stała taksówka. Uzgodniliśmy cenę. Kierowca zawiózł na lotnisko. Nigdy nie byłem w takim miejscu. Pani w kasie chciała mi wcisnąć bilet za 350 € + 50 za rower + 150 za sakwy i wór z namiotem. Podjechałem na dworzec główny. Tak jeszcze gorzej, bo kolej za 200 Euro podrzuci mnie do granicy z Francją, a potem się martw człowieku. Zadzwoniłem to właściciela stancji. Powiedział: Wiem, co to znaczy być w obcym kraju. Pomogę Ci. O nic się nie martw.
...Poczułem, że to nie moje miejsce, że to nie ja, że nie dane mi jest zobaczyć Afrykę, jeszcze nie teraz. Droga przestała być tą przyjazną, a każdy kilometr kazał płacić wysoką daninę. Mimo masaży, mimo perswazji, mimo całej chęci i woli walki, musiałem zrezygnować. Nie umiem tego inaczej opisać, a nie chcę zbyt wiele używać słów. Pewnie niektórzy z Was spodziewali się innego zakończenia. Szczerze mówiąc ja też. Będzie inne. Podaję ostatnie parametry: 80,70 km, 04:55:03, 16,41 km/h.
Witajcie. U Was już późna pora, u mnie dzień nie ma jeszcze końca, pewnie i noc upomni się o swoje. Człowiek zbiera doświadczenia przez całe życie, ja również. Schodzę ze sceny. I choć życzeniem moim było być tym niepokonanym, jak śpiewał kiedyś Perfect, to jednak pokonałem się sam, a konkretnie Achilles i jego towarzysz, ktory do tej pory był mi nieznany. Na rowerze jeżdżę całe życie. Od dziesięciu lat regularnie, ostatnie lata - mogę powiedzieć - w każdą pogodę. Wiem, co tu upały, kiedy przez kask parują myśli, i znam uczucie mrozu, kiedy ubranie staje się jak zbroja, a śnieg ślizga się pod kołami. Na Whelerze przejechałem ponad 52 500 km, na Krossie sami wiecie. Kiedy ból rozmywa wolę walki, nie da się już jechać. Podróż przestaje być przyjemnością. To jedna sprawa. Jest jeszcze ta druga, ukryta. Nie znałem jej do tej pory. Sportowcy określają to uczucie "ścianą". Doświadczyłem tego po raz pierwszy w życiu...
67 km. Zatrzymałem się. Lewy Achilles nie pozwala na razie na dalszą jazdę.
Na promie.
Przystań promowa.
Dzień 41 (21 lipca 2017, piątek). Budzik nastawiony na 5:00, z czego dzieci nie są zbyt zadowolone. Szybka toaleta i małe śniadanie. Znoszenie roweru i sakw; przygotowanie walizek. Pożegnanie z dziećmi i z żoną. Przystań.

20 July 2017

Widok na rzekę Tag z tarasu kamienicy. Po prawej przystań promowa. Żegnamy się z Lizboną, w której mieliśmy okazję spędzić blisko tydzień. Jej ulicami i uliczkami przeszliśmy ponad 70 km, przy okazji wczuwając się w klimat tego portowego miasta, które na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Warto tu przylecieć (lub przyjechać) i zobaczyć choćby to, co nam udało się zwiedzić, albo dostrzec. Z pewnością jest tych tajemnic znacznie więcej, lecz na ich odkrywanie potrzeba równie dużo czasu. Ten niestety każe nam rozstać się z Lizboną. Mam nadzieję, że jej urok w równym stopniu wycisnął piętno na Waszej podróżniczej duszy i zachęcił do odkrywania świata. A ten już jutro zaprasza nas do kontynuowania wyprawy, której po części nie mogę się doczekać.
Spacer zakończony. Krokomierz uspokoił się, wykazując 9,34 km. Przyszedł czas na pakowanie walizek i sakw. Jutro czeka nas rozstanie i droga. Rower czeka. Ps. Iza stwierdziła, że trzeba wyjść na wieczorny spacer, bo to wstyd kończyć dzień z dystansem mniejszym niż 10 km.
Niektórzy jeżdżą na gapę.
Dojechaliśmy do katedry Sé. Stąd mamy najbliżej do naszej kwatery.
Praça Martim Moniz. Tutaj znajduje się początkowy przystanek słynnej na cały świat tramwajowej linii 28. Zainteresowanie nią jest tak duże, że turyści ustawiają się w długiej kolejce. My na swoją kolej czekaliśmy przez trzy kwadranse. Dopiero szósty tramwaj przypadł naszej szansie, którą skwapliwie wykorzystaliśmy. Trzeba było jednak zapomnieć o miejscach siedzących. Na trasie linii 28 znajduje się tu najbardziej stromy podjazd tramwajowy na świecie wynoszący 145‰. Nawet San Francisco musi ustąpić pola Lizbonie.
Po posiłku zaczęliśmy się rozglądać za przyjaznym nam tramwajem. Kolory czerwony i zielony są zarezerwowane dla prywatnych przewoźników. Kolor żółty należy do komunikacji miejskiej. Bilety, w formie karty magnetycznej, są ważne cały rok. Można je doładowywać na każdej stacji metra jednorazowo od 3 do 40 Euro.
Zwiedzanie Zoo zajęło nam trzy godziny. Potem zrobiliśmy zakupu w sklepie dobrze Wam znanym i wróciliśmy metrem na stancję. Obiad spożyliśmy w niedaleko położonej knajpce, na którego składały się steki i ryby. Jeśli chodzi o ten ostatni produkt, to musicie wiedzieć, że Portugalczycy zaraz po mieszkańcach Japonii i Islandii jedzą ich najwięcej w ciągu roku.
...ogrodu zoologicznego, w którym przebywa około 350 gatunków zwierząt.
Metrem podjechaliśmy do...
Dzień 40 (20 lipca 2017, czwartek). Ostatni dzień wspólnego pobytu w Lizbonie. Jutro o 6:15 rodzina zmierza na lotnisko, aby polecieć do Frankfurtu nad Menem, gdzie spędzi jeszcze kilka dnia. Ja w tym czasie z pomocą promu, znajdę się po drugiej stronie Tagu. Można by rzecz, że podróż zacznie się jakby od nowa. Będzie pożegnanie i przyjdzie droga, która najpierw zaprowadzi nas na Gibraltar. Trzeba zobaczyć jeszcze wiele miejsc skoro jest się już tak blisko ich, i zapewne po raz ostatni w życiu.

19 July 2017

Siedzę w pokoju i dochodzę do siebie. Na rowerze nie mam takiego wysiłku jak na spacerach mojej żony. Dystans 13,63 km wlicza się w poczet treningu przygotowawczego do dalszej podróży. Dobrze, że dzień chyli się ku końcowi. Jeszcze tylko fryzjer (Iza zabrała strzyżarkę z Polski), kąpiel i telewizja po portugalsku. Trzeba wykorzystywać okazję do nauki języków obcych. 😋 Pozdrawiam Was gorąco, mimo że dziś było tylko 27 stopni. Ps. Może jutro uda nam się pojeździć tramwajami. Mam wielką chrapkę na tą przygodę.
Z serwisu odebrałem rower.
Również i młodzież ma swoje ulubione miejsca.
Urokliwa, pełna ciepła fotografia zamieszczona tuż przy frontowych drzwiach. Z jakiego czasu pochodzi? Któż to zgadnie. Druga wisi obok wejścia do knajpki.
...mieniła się taka oto mozaika. Portugalczycy kochają się w ceramicznych kafelkach. Kafelkowane są nazwy ulic, ławki, fontanny, a nawet całe fasady domów. Pełno tego typu pamiątek można kupić w sklepikach.
Iza wypatrzyła niepozorną uliczkę, w której tle...
Mozaika chodnikowo-ścienna.
Lizbona i jej czar.
Zamek św. Jerzego.
Klatki schodowe kamienic - jedna zaraz obok drugiej. Każdy metr powierzchni skwapliwie jest tu wykorzystywany.
Murale, bądź artystyczne grafiti również mają tu szansę zaistnienia.
Tak jak byk w Hiszpanii, tak kogut w Portugalii jest symbolem kraju. Istnieje nawet legenda powiązana z tym zwierzęciem, którą możecie przeczytać pod tym adresem: https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Kogut_z_Barcelos
Do naszego lokum, wracaliśmy inną drogą.
Stare miasto Lizbony napiętnowane jest bijąca ciasnotą, która wykorzystywana jest m.in. przez niezliczoną ilość małych restauracyjek (W naszym kraju jest to niemożliwe, aby było ich tak dużo na jednej tylko ulicy). Do takiej właśnie weszliśmy, po zachęcie jej właściciela. Oberżysta, w brzuchem opasanym fartuchem, szerokim gestem wskazał nam stolik. Zaraz po tym na stole pojawiły się te przystawki i danie, które zamawiałem w Fátimie. Iza poprosiła o rybę. Najedliśmy się do syta, a nawet wzięliśmy resztę na wynos. Cena za obiad to 39 €, co jest ceną znacznie niższą od tej z głównych ulic. Mimo to, w Polsce jest to suma godna trzosa samego kasztelana jak nie wojewody. Dlatego podczas podróży stołuję się w Lidlu.
...ciasnej uliczki wymazanej grafiti.
Kolejny przykład windy, do której także kupuje się bilet, jak również obraz...
Na dziś nie było zaplanowanej konkretnej trasy, dlatego nasz spacer był spontaniczny.
Napój został porównany do tego, którego można kupić w każdym sklepiku osiedlowym z zielonym płazem w logo. Różnica polega tylko na ładnym opakowaniu oraz znacznie wyższej cenie.
Życzeniem Karoliny było wypicie kawy w amerykańskiej kawiarni założonej przez pana Howarda Schulza.
W tle łuk tryumfalny, którego z pewnością już kojarzycie.
Rower też znalazł swoje należyte miejsce. Co ciekawe cyklista porusza pedałami i głową.
Praça do Comércio tj. plac handlowy. Największy plac miejski usytuowany tuż przy zatoce, z wielkim monumentem króla portugalskiego Józefa I. Wcześniej zakupiłem bilet na prom dla siebie i mojego wehikułu. Muszę jednak zmienić przyczółek lądowania, ponieważ ten, który kiedyś był czynny obecnie już nim nie jest. A dlaczego nie skorzystam z mostu? Ponieważ ten przeznaczony jest tylko do ruchu samochodowo-kolejowego, a pieszym i rowerzystom przypisano zakaz wstępu. Drugi most na charakter autostrady, więc sami rozumiecie.
Na stanie mamy nawet własną gaśnicę. Klimatyzacja tuż nad nią.
Zanim wyjdziemy na miasto, prezentuję Wam nasz obecny "dom" i artystyczny nieporządek w nim panujący.
Dzień 39 (19 lipca 2017, środa). Skoro ostatnio dużo przypada świąt urodzinowych, zadaję pytanie: Czy ktoś pośród nas ma powód do świętowania dziś jakieś rocznicy?

18 July 2017

Kończymy dzisiejszy spacer. Krokomierz zechciał wykazać 12,03 km, a zatem nie można stwierdzić, że nic się działo. Dzień należy do udanych, okraszony spotkaniem ze znajomymi z Niemiec. Jutro odbieram z serwisu rower. Dokonałem segregacji posiadanych rzeczy. Niektóre z nich zabiera Iza, która pomogła w przepierce odzieży.
Rzeka Tag w oddali.
Niektóre z nich są udekorowane takimi właśnie giraldami.
...przemierzać uliczkami najstarszej części Lizbony.
Naszych znajomych odprowadziliśmy krótki kawałek drogi, aby po pożegnaniu...
O godzinie 16:00 spotkaliśmy z Ulriką i Gerhardem Nolte. Ich życzliwość i otwartość pozwoliły nam na delektowanie się rozmową przez blisko dwie godziny.
Po prawie dwugodzinnym oglądaniu wystaw, w skromnym barze, zjedliśmy równie skromny posiłek, na który składał się głównie makaron. Następnie, w czasie drogi powrotnej, fotografowaliśmy Lizbonę.
Museu Nacional de História Natural e da Ciência. Sam budynek i zgromadzone w nim przedmioty mogą śmiało służyć jako miejsce i rekwizyty wykorzystane w środowisku dobrej gry komputerowej o klimatycznym scenariuszu. W powietrzu dosłownie unosi się zapach innej epoki.
...do Muzeum Historii Naturalnej i Nauki. Pierwszym punktem zwiedzania miał zostać sąsiadujący Ogród Botaniczny, ale z powodu remontu był niestety zamknięty.
...ostatecznie dotrzeć...
...i wysłużone windy (do złudzenia podobne wyglądem i kolorem do tramwajów), żeby...
...ciasne uliczki...
Następnie znów udaliśmy się w drogę, podziwiając fasady budynków, ...
W księgarni zakupiliśmy znaną na całym świecie książkę, tyle że w portugalskim wydaniu. Zażyczyliśmy sobie również pieczątkę, jako dowód zakupu, a zarazem pamiątkę w jednym.
Lizbońska księgarnia została założona w 1732 roku. Trzęsienie ziemi zniszczyło pierwszą jej siedzibę 23 lata później. Szybko jednak przeniesiono cały asortyment sklepu na Rua Garret przy której znajduje się do dziś. Jest to jedyna księgarnia świata, która nieprzerwanie działa tak długo, co zostało potwierdzone wpisem do Księgi Rekordów Guinnessa. W Krakowie działa księgarnia założona wcześniej, bo już w 1610 roku, jednak polska księgarnia miała aż trzystuletnią przerwę w funkcjonowaniu.
...do najstarszej księgarni świata, mieszczącej się tu, przy Rua (ulicy) Garrett 73.
Dzisiejsza wycieczka prowadzi nas ulicami miasta...
Dzień 38 (18 lipca 2017, wtorek). Dzisiejsza data to rocznica urodzin Rafała Ronatowskiego, któremu składam pełne szczerości życzenia. 🎂 I w tym celu proszę jego żonę Alicję o dopatrzenie, aby dotarły one do adresata. 😃 Noc minęła nietypowo. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że uliczka, przy której stoi nasza kamienica jest ślepą uliczką . Nie dość, że ciasna, to uczęszczana. Dwie restauracje, piekarnia, minimarket plus turyści przylatujący nocnymi liniami. W nocy o 1:30 przejeżdża polewaczka, która z wielkim zacięciem czyści bruk. Dwie godziny później jest śmieciarka. Szkło robi największy hałas. Nad ranem rozpoczyna się koncert podnoszonych, sklepowych rolet. Córki w swoim pokoju posiadają klimatyzację, więc mogą spać przy całkowicie zamkniętym oknie. Ja, z przyzwyczajenia namiotowego M1, potrzebuję dostępu do naturalnego tlenu. Okna zatem kilkakrotnie zamykam i otwieram w ciągu trwania nocy, żeby nie zakłócać snu Izie.

17 July 2017

Na zakończenie dołączam zdjęcie naszego wielkiego podróżnika na tle oglądanego dziś zabytku.
Dworzec kolejki podmiejskiej w Lizbonie. Po dwóch godzinach spędzonych na piasku i zabawie w zimnym Atlantyku, wróciliśmy do znajomych kątów. I może nie było dziś zbyt wiele do oglądania, to i tak zrobiliśmy niezły spacer. Krokomierz wykazał odcinek 12,65 km. Tym samym życzę spokojnej nocy, bo przecież u Was dzień kończy się o godzinę wcześniej.
Oceano Atlântico.
Plaża wbrew pozorom plaża nie była oblegana. Mankamentem był brak przebieralni i czystych toalet.
Spotkanie z oceanem jest dla dziewczyn radosnym przeżyciem.
Posiłek nie jest zbyt wyszukany. Składa się on głównie z frytek, ryżu, kawałków mięsa, czarnej fasoli i szpinaku. Izie przypadły krewetki, które tutaj należy traktować tak, jak u nas traktuje się ziemniaka.
Kolejką podmiejską przemieszczamy się wzdłuż wybrzeża. Jest ona nieco zatłoczona, ponieważ większość pasażerów to tacy jak my - turyści chcący dostać się na największą plażę regionu o nazwie Carcarelos.
Parędziesiąt metrów dalej znajduje się pomnik poświęcony żołnierzom portugalskim. Warta honorowa stoi po jego bokach.
To właśnie z lizbońskiego portu, nasz polski, nietuzinkowy kajakarz - Aleksander Doba - rozpoczął samotną podróż przez ocean ku Stanom Zjednoczonym. Wyprawa trwała od 5 października 2013 do 17 kwietnia 2014 i miała długość 4500 mil morskich.
Torre de Belém wybudowano z polecenia portugalskiego króla Manuela I Szczęśliwego w latach 1515-1520. Wieżę zaprojektował Fernando de Arruda i uchodzi ona za jedyną zachowaną do dziś budowlę wzniesioną całkowicie w tzw. stylu manuelińskim. Postawiona w epoce wielkich odkryć geograficznych, wieża odgrywała rolę strażnicy lizbońskiego portu, stała się także punktem orientacyjnym dla wracających do ojczyzny żeglarzy i symbolem morskiej potęgi Portugalii. W okresach późniejszych, m.in. w czasie okupacji hiszpańskiej (1580-1640), pełniła funkcję więzienia, w którym w podmakających pomieszczeniach przetrzymywano więźniów politycznych. W wyniku wielkiego trzęsienia ziemi z 1755 budowla przeniesiona została ze środka rzeki w obecne miejsce. W 1833 przez dwa miesiące był tu więziony generał Józef Bem, twórca Legionu Polskiego w Portugalii. W 1907 r. wieża została uznana za zabytek narodowy Portugalii. W 1983 r. Torre de Belém wpisano na Listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Moi drodzy, pozwalam przedstawić Wam Torre de Belém. Tak jak Brama Brandenburska w Berlinie, jak most księcia Adolfa w Luksemburgu, czy wieża Eiffla w Paryżu, tak Torre de Belém charakteryzuje Lizbonę. Dlatego właśnie stąd, bardzo otwarcie i szczerze pozdrawiam wszystkich ze mną podróżujących, a w szczególności ludzi, którzy w większym bądź mniejszym stopniu związani są z gminą Zławieś Wielka. Uważam tym samym czwartą stolicę tej wyprawy za zdobytą. 🇵🇹
Pomnik jest naprawdę imponujący i przemawiający formą, ale my spieszymy do niedaleko położonej, innej atrakcji turystycznej.
Przedstawiam Wam Pomnik Odkrywców. Ciocia Wiki(pedia) informuje: Obecna konstrukcja została odsłonięta w 13 listopada 1960 roku, dokładnie w pięćsetną rocznicę śmierci księcia Henryka Żeglarza - twórcy potęgi kolonialnej Portugalii. Sama konstrukcja jest zbudowana z betonu, ma kształt karaweli i liczy sobie 52 metry wysokości. Pomnik przedstawia ważne postacie z okresu wielkich odkryć geograficznych, zarówno żeglarzy, jak i naukowców i misjonarzy. Są to m.in. Henryk Żeglarz, Vasco da Gama, Ferdynand Magellan, Diogo Cão, Nuno Gonçalves, Luís de Camões, Bartolomeu Dias, Afonso de Albuquerque.
...do miejsca, gdzie akurat spacerowali Gerhard i Ulrike z dziećmi. Spotkanie było dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Góra z górą się nie zejdą, a człowiek z człowiekiem zawsze. Ps. Ze znajomymi mieliśmy spotkać się jutro o 16:00, co też i uczynimy. Dzisiejsze spotkanie jest jednak zupełną niespodzianką.
Aby dostać się do wybranych atrakcji przypisanych dzisiejszemu dniu, całkiem nieoczekiwanie wybraliśmy ten rodzaj transportu - motorka indyjskiego, który zawiózł nas...
Dołączam informacje dla naszego Głównego Nadzorcy Statystycznego tj. Pawła Stępkowskiego. Dystans: 0,61 km Czas jazdy w zakorkowanych ulicach: 00:04:31 Średnia prędkość: 8,12 km/h
Z serwisu rowerowego, którego wyszukałem będąc jeszcze w Polsce, nie skorzystałem. Przydał się ten, którego polecił mi właściciel wynajmowanego przez nas lokum. Znajduje się on praktycznie pod nosem, bo w linii prostej pół kilometra od nas. Mówiłem już o tym, ale warto się powtórzyć. Znajomość języków obcych to gruntowna podstawa znalezienia się w obcym świecie, który przez to staje się bardziej przyjazny. Historycznie patrząc świat zdominował angielski i w tym właśnie języku prowadziłem "konwersacje" z panem rodem z karaibskiego wybrzeża Człowiek ów, zobaczywszy nasz rower prawie krzyknął: Kross, bardzo dobry rower. Też mamy na stanie. Zobacz - po czym pokazał mi dokładną replikę naszego stojącego na wystawie. (Nawet kolor był ten sam). Tak więc wujku Emanie, składam ponowne podziękowania. Wymiana części i generalne serwisowanie zajmie im parę dni. Sprzęt nam odebrać w środę wieczorem.
Dzień 37 (17 lipca 2017, poniedziałek). Chodzimy spać późno i jeszcze później wstajemy. Nie dobry to zwyczaj, bo się rozleniwiam. Zaraz śniadanie i serwis.

16 July 2017

Na tym kończę dzisiejszą relację, mając nadzieję, że Was nie zanudziłem. Zdjęcia zawsze mogły być ładniejsze, ale techniczne możliwości posiadanego na stanie aparatu telefonicznego są, jakie są. Schodziliśmy się dzisiaj, tak samo jak wczoraj. Krokomierz wykazał dystans 11,2 km. Jutro żona znowu nas będzie zachęcać do spaceru. Szybciej jednak muszę załatwić sprawę w serwisie rowerowym. Dziękuję Wam za wszystkie uśmieszki, szczególnie za te pod wczorajszym zdjęciem z Karoliną. Wielką radość uczyniliście jej tym gestem. Dobrej nocy życzymy wszystkim.
Z placu Rossio na piechotę dotarliśmy do naszego lokum zamieszkania. Po drodze w małym sklepiku uzupełniliśmy brakujące napoje i owoce.
Metrem dotarliśmy na Starówkę. Jeśli chodzi o kwestię tego środka transportu, to w Lizbonie nie posiada ono numeracji. Zamiast niej mamy do dyspozycji cztery kolory i przyporządkowany danej linii symbol - kompas, statek żaglowy, kwiat (róża) i mewa. Nie można się zgubić, gdyż cała sieć metra widnieje na każdej stacji i w każdym wagonie. Dodatkowo wyświetlane są nazwy następnej stacji. Problem z zakupem biletów też nie należy do trudnych, bo zazwyczaj zatrudniona jest do tego specjalna obsługa w ładnych uniformach. Na zdjęciu widać autobusy to przewozu miejscowych turystów. Żółty to chyba ulubiony kolor Lizbony.
Wieża widokowa Vasco da Gama i luksusowy hotel. Po prawej most, o którym już wspominałem.
Kolej gondolowa pomogła nam nie tylko szybciej dostać się do stacji metra, ale także umożliwiła podziwianie Lizbony tuż przy nadbrzeżu rzeki Tag i zatoki.
Po posiłku wróciliśmy do oceanarium, aby tym razem obejrzeć pomieszczenie pod nazwą Temporalia. Tutaj moja żona, jako akwarystka z zamiłowania, przeżyła euforię piękna. Wielka, przyciemniona sala, w której trzy ściany składają się na jedno akwarium, tworzą doskonała harmonię z muzyką oferowaną zwiedzającym. Oczywiście można spocząć i zapatrzeć się w ustawicznie mieniący się ruchem obraz.
Fontanna w formie gejzeru plująca wodą co 10 minut. Stoisz za blisko jej stożka, licz się z całkowitym przemoczeniem.
Oceanarium.
Po ponad dwóch godzinach zwiedzania Exposição Permanentne postanowiliśmy coś zjeść. W pobliżu znajdowało się aż pięć restauracji. Wybraliśmy najprościej tj. hamburgery. Po lewej wieżowce z charakterystycznymi rogami, stylizowane na gatunek rybiego świata. Moim zdaniem przypominają skalary.
W oceanarium żyje ponad 25000 stworzeń morskich, w tym samogłów.
W każdym rogu budynku znajduje pomieszczenia podzielone tematycznie: Antarktyda, ocean Atlantycki, Spokojny i Indyjski. W pomieszczeniach tych temperatura i wilgotność sterowana jest elektroniką. Sztuczny lód u pingwinów, a w innym rogu budynku Amazonia. 😁
Budynek wejściowy, w którym znajdują się kasy, zauważyć można po lewej stronie. Zakup biletów przebiega sprawnie. Można je kupić w bileteriach, gdzie są czynne cztery stanowiska, w automacie lub przez smartfona. Obsługa jest miła i uśmiechnięta, chętnie służąca pomocą. Dam budynek lśni czystością i nowoczesnością. Zresztą dzielnica nadbrzeżna pełni rolę typowo reprezentacyjną. Tuż obok znajduje się odpowiednik naszego Młyna Wiedzy, hala widowiskowo-sportowa oraz wieża widokowa tuż pod nosem 17-kilometrowego mostu autostradowego. Znajdujemy się w tzw. Parku Narodów wybudowanym w tym celu na wystawę światową Expo '98, w której to uczestniczyło ponad 140 krajów, w tym Polska. Oceanarium tu wielką bryła w kształcie sześcianu. Jej centrum zajmuje gigantyczne akwarium. Jest tak wielkie, że ogląda się go z dwóch poziomów i to ze wszystkich stron. W tym celu dla zwiedzających przygotowane są pufy i ławeczki, a podłoga praktycznie w całości wyłożona wykładziną.
...największego w Europie oceanarium.
Dziś skorzystamy z usług metra, aby udać się do...
Dzień 36 (16 lipca 2017, niedziela). Mając tą możliwość, składam jako pierwszy najbardziej serdeczne życzenia naszemu wiernemu towarzyszowi podróży, Robertowi Dynowskiemu, z okazji urodzin, których rocznicę dziś właśnie świętuje. 🎂 Niech Ci żona zawsze pięknieje, a córka przynosi ojcowską dumę. 😊

15 July 2017

...Mimo tych zalet są też i wady. Tam bazgroły ścienne, tu walających się karton lub puszka. Nie rażą jednak one zbyt mocno i wtapiają się w atmosferę wciąż tętniącego życiem miasta. Jakie atrakcje zaplanowały dziewczyny na jutro dowiemy się... już za parę godzin. 😊 Dziękuję za uwagę, kłaniam się i pozdrawiam.
Powoli dzień ma się ku zachodowi. Mój krokomierz wykazał przebyty dystans w wysokości 10,1 km. Cześć nadbrzeżna miasta posiada jeszcze proste rozplanowanie ulic. Dwieście metrów w głąb lądu zaczyna się ich plątanina, tworząca istny labirynt w połączeniu ze wzniesieniami i schodami. Tajne przejścia znane są zapewne tylko lokalnym mieszkańcom. Na każdym rogu jakaś miniknajpka bądź gastronomia. Wystawione stoliczki, krzesełka, taborety mają zachęcić do odpoczynku i złożenia zamówienia. Na uliczkach skutery, taksówki u króciutkie tramwaje. Nie wspominam tu o turystach, których spotkać można dosłownie wszędzie. Najstarsza część miasta, w której obecnie przebywamy, ma zupełnie inny charakter niż nasza toruńska Starówka. Wyczuwa się klimat żeglarzy i dalekich morskich wypraw, tym bardziej że dostrzec można pływające po Tagu statki, a w powietrzu wyczuwa się zapach soli Atlantyku...
Kościół pw. św. Antoniego, w którym to miejscu - jak głosi tradycja - urodził się przyszły święty w 1195 roku. Dojście do podziemnej krypty jest niemożliwe z powodu tłoku i nadmiaru dwutlenku węgla wydychanego przez zwiedzających.
Wizytówka miasta - specjalnie dla kolegi Rafała.
Pan organista, siedzący po prawej stronie w części ołtarza, umila czas muzyką.
Katedra Sé - Najświętszej Maryi Panny, zbudowana w 1150 roku w stylu romańskim, upamiętnia wyzwolenie miasta spod władzy Maurów. Budowla zajmuje miejsce dawnego meczetu. Katedra posiada portal, ogromne rozetowe okna i dwie wieżyczki. Wnętrze świątyni w XVIII wieku z rozkazu króla Jana V wykończono w stylu rokokowym. Tak podaje ciocia Wiki (pedia).
Zdecydowana większość taksówek​ w Lizbonie posiada czarne barwy z seledynowym zadaszeniem. Zdarzają się też te beżowe, zapewnie kupione w Niemczech.
Spotkać można nawet samego Jack'a Sparrow'a. Za drobną opłatą pięknie pozuje do zdjęcia. Robi groźna minę, gdy nic nie wrzucisz.
Ulice przepełnione są restauracjami, cukierniami i sklepami z pamiątkami. Turyści to złoto dla obecnych kupców.
Wszędzie roi się od poławiaczy turystów.
Czas coś przekąsić i to koniecznie regionalnego. Boczne uliczki zazwyczaj oferują niższe ceny niż restauracje z głównych arterii. Pan kelner kłaniał się w pas i zachęcał całą galanterią, aby tylko zasiąść do stolika jego restauracyjki.
Schody są cechą charakterystyczną miasta.
Karolina prosi o 30 serduszek-polubień. 😱😘
...Od 1910 roku zamek pełni rolę typową zabytkową, w którym to miejscu nadal trwają prace konserwatorskie i archeologiczne. Zamek św. Jerzego jest pomnikiem narodowym, którego można podziwiać za 20 €, kupując bilet rodzinny. Ps. Tłumaczenie przełożyłem z informatora w wersji niemieckiej. 😋
Zamek został zbudowany przez Maurów w XI wieku. Trzeba nam bowiem pamiętać, że półwysep Iberyjski znajduje się wówczas w posiadaniu Arabów i cała stylizacja fortecy początkowo posiada orientalny charakter. Swój złoty czas zamek przeżywa od momentu zdobycia Lizbony przez pierwszego króla Portugalii, Alfonso Henriquesa, 25 października 1147 roku. Zamek zostaje wtedy przebudowany i powiększony o pomieszczenia przeznaczone dla królewskiego dworu. Swoje znaczenie zyskuje królewski archiwista oraz biskup z racji na ugruntowywanie chrześcijaństwa na tych ziemiach. W wieku XIII zamek przeinacza się w pałac i pełni rolę typowo reprezentacyjną, aż przez trzy stulecia. Tutaj odbywają się wszystkie najważniejsze święta i uroczystości państwowe. Wraz z unią koronną z Hiszpanią w roku 1580 budowla ponownie przejmuje militarną rolę i pełni ją praktycznie aż do początku XX wieku. Forteca zostaje przebudowana, zwłaszcza po trzęsieniu ziemi, jakie nawiedza miasto w 1755 roku...
Widok na stare miasto z zamku św. Jerzego.
Zaczynamy wycieczkę po Starówce.
Dzień 35 (15 lipca 2017, sobota). Noc spędziliśmy przy zamkniętych oknach i włączonej klimatyzacji. Tak jak każde miasto portowe te również posiada całą masę czynnych restauracji, które tłumnie są oblegane i to do późnych godzin nocnych. Ponadto turyści, a szczególnie tubylcy do cichych nie należą. Wynajmowane mieszkanie nie należy do dużych, ale posiada wszystko to, co potrzebne (oprócz pralki 🙁). Jedynym mankamentem to stromizna, obfitość schodów oraz ciasnota korytarza. Wczoraj rower pomógł mi wnieść właściciel. W poniedziałek oddaję sprzęt do serwisu, więc pana także poprosiłem o pomoc. Myślę sobie, że sam jednak dam radę, bo przecież można odczepić przednie koło, a rower już się robi przez to krótszy j lżejszy. Pomyślę jeszcze o tym.

14 July 2017

Widok z pokoiku.
Lizbona wieczorem.
I jeszcze raz na koniec: Pozdrowienia od naszej czwórki ze stolicy Vasco da Gamy ⛵, a dokładnie stąd: https://maps.google.com/maps?q=38.709465+-9.1333501
Moi drodzy, zakończyliśmy pierwszą część naszej podróży. Trwała ona trzydzieści cztery dni. Odwiedziliśmy wiele krajów, zobaczyliśmy jeszcze więcej miejsc. Dzięki Waszemu zaangażowaniu i trwaniu przy mnie udało nam się dotrzeć rowerem prawie na kraniec europejskiego kontynentu (!) Jakoś nie dochodzi do mnie ta wiedza. Dziękuję Wam za to całą mocą i otwartością serca, na jaką mnie stać. Wasze komentarze, wsparcie, ustawiczna zachęta były i są dla mnie bardzo, ale to bardzo ważne. Obecnie zapis przybierze nieco inny charakter, bo nie będziemy jeździć i przemieszczać się rowerowym tempem. Obiecuję jednak, że zdjęcia się pojawią i relacja także. Podsumowując dzień, okazało się, że miasto wycisnęło z nas nieco więcej kilometrów niż planowałem - w sumie 151,52 km. Czas jazdy wyniósł 08:07:49. Pojawił się rekord prędkości - 65,07 km/h. Średnia prędkość to 18,63 km/h. Do tej pory przejechaliśmy 4224,16 km.
151 km. Lizbona. Prawie na miejscu. Czekam na dziewczyny, które jadą metrem. Pół godziny później jesteśmy w komplecie.
138 km. Wjeżdżamy do Lizbony. Przed Wami most autostradowy na rzece Tag.
130 km. W Lidlu. Brakuje wody i pitnego jogurtu.
125 km. Samolot dziewczyn lądować będzie w Lizbonie za 24 minuty.
117 km. Im bliżej stolicy, tym większy otrzymujemy aplauz. Kierowcy wozów ciężarowych pohukując swoim basem, a ci mniejszych otwierają okna i radośnie do nas machają, albo pokazują gest uznania.
93 km. Bardzo ciepło z rześkim wiatrem. Prawy Achilles nieco marudzi. Daję mu częstsze przerwy i masaże. Rodzina od trzech kwadransów na tym samym kursie, co my.
Jesteśmy na dobrym szlaku.
47 km. W portugalskiej wsi.
Takiego znaku drogowego raczej nie spotka się w naszych miastach.
2 km. Na rondzie.
Msza święta tym razem odprawiana jest w jednym z języków bałkańskich.
Pożegnanie z Fátimą.
Dzień 34 (14 lipca 2017, piątek). Ten podetap podróży nazwałem "Rodzina". Jest najkrótszy, gdyż rower będzie się kulać tylko jeden dzień. Motywację mamy stuprocentową, a pogodę mgielną - jak to jest w zwyczaju o tej porze w Portugalii. Ps. Drugi balkon od lewej na pierwszym piętrze, był przez nas zajmowany.

13 July 2017

Na zakończenie dnia. Widok z pokoiku. Dobrej nocy.
Dziś jechało się bardzo krótko, ponieważ raptem 62,33 km w czasie 04:02:33, ze średnią 15,40 km/h. Za sobą mamy 4072,62 km. Mapę mamy przesuniętą, więc do z Lizbony jedziemy bez przystanków w McDonald's. Mamy przed sobą 140 km. Można by skrócić dystans, ale doświadczenie jest tu mądrzejsze - krócej nie musi oznaczać dla roweru szybciej. Dlatego najpierw przedzieramy się przez okoliczne wzniesienia do rzeki Tag, a potem wzdłuż niej do samej stolicy Portugalii. Tam robimy dłuższy postój na kilka dni. Gromadzimy siły na dalszy etap podróży, ale przede wszystkim delektujemy się czasem wspólnie spędzonym z rodziną. Moja kochana żona i równie kochane dzieci przylatują z Frankfurtu do Lizbony o 15:30 lokalnego czasu. Nie mogę pozwolić na to, aby długo na mnie czekały. Ps. Jesteśmy tutaj: https://maps.google.com/maps?q=39.6326637+-8.6690397
Moi drodzy, zdjęć więcej już nie posiadam. Mam za to te, które nie da się przedstawić w formie elektronicznej. Są to obrazy duchowe. Fátima to z pewnością inne miejsce niż nasza rodzima Częstochowa czy Wilno, gdzie też dane mi było być (rowerem). Nie mówię, że gorsze ani, że lepsze. Po prostu inne. I słusznie, że tak się dzieje, bo przynajmniej jest okazja zobaczyć świat, a po wtóre i samego siebie. Tutaj bije subtelne piękno. Nie tylko wynikające z działania architektury i sztuki, ale - jakby to dobrze wyrazić - z przejawu obecności Tej, którą tu wszyscy podziwiają, i do której zmierzają. Tutaj - jak określiła siostra zakonna, z którą rozmawiałem - Matka Boża rzeczywiście jest i działa. Da się Ją odczuć. I z całą stanowczością przyznaję jej rację. I dlatego myślę tak sobie, że ta skromna modlitwa, jaką złożyłem za nas wszystkich, została przyjęta. Bo dlaczegóż by miało być inaczej, skoro Wasza wiara (ta większa i ta mniejsza, i ta malutka) potrafi zdziałać tak przeogromne cuda?
Fragment Muru Berlińskiego jako podarunek dla Fátimskiej Pani.
I ponownie postać wielkiego Polaka. Dużo turystów robi sobie zdjęcia z naszym Wojtyłą. Po prawej, gdzie widać murek, jest zejście do kaplic, w których odprawiane są msze w różnych językach.
Przed wejściem do głównej auli Bazyliki można podelektować się sztuką. Zrobiłem zdjęcia tym pracom, które szczególnie przypadły mi do gustu.
Ołtarz i uzupełniająca z tyłu przestrzeń mocno działają na odczucia. Niektórzy z odwiedzających wchodząc, od razu się zatrzymują, aby po prostu patrzeć i podziwiać. Też tak zrobiłem. 😉 Do ołtarza schodzi się po lekkiej pochylni.
Oto wnętrze nowoczesnej Bazyliki. Jest przeogromne. Zdjęcie tego nie pokaże, ale śmiało zmieszczą się tu trzy aule UMK.
Basilica de Nossa Senhora do Rosário.
Basilica da Santissima Trindade.
Cała przestrzeń jest ciekawie zaplanowana. Nie odczuwa się wrażenia przytłoczenia. Cały plac łączy stare Sanktuarium z jego nowoczesnym odpowiednikiem, którego widzicie po prawej, w głębi. Jest też i ścieżka dla pątników, którzy na klęczkach zmierzają do figurki Matki Bożej Fatimskiej. Trakt pokryty jest materiałem, który nie nagrzewa się jak asfalt wokół. Mimo to warto mieć ochraniacze na kolana.
Matka Boża Fatimska.
Akurat trafiliśmy na Mszę świętą odprawianą w jakimś dalekowschodnim, azjatyckim języku. Z samej ciekawości warto trochę postać i posłuchać. Trochę kręcę się tym miejscu, aby zsynchronizować się ze światłem słonecznym, które odbija się od szyby, a jednocześnie robię wszystko, żeby nie przeszkadzać modlącym się.
Po prawej stronie rośnie dąb. Nie ma już tego starego, który pamiętał rok 1917. Zastępca jednak dzielnie się trzyma. Tuż poniżej, pod zadaszeniem, to miejsce, w którym dokonywały się objawienia. Dokładnie tam umiejscowiona jest figurka Matki Bożej Fatimskiej chroniona zapewne kuloodpornymi szkłem.
Groby dwóch pastuszków.
Ukoronowanie Matki Bożej na Królową Nieba i Aniołów.
Kopia figurki Matki Bożej Fatimskiej.
W Bazylice panuje duży ruch. Z prawej strony ciągnie kolumna do ołtarza Francisco. Następnie pielgrzymi kierują się ku lewej, gdzie swój ołtarza ma Jacinta. Tam też są groby obojga. Każda z organizowanych grup śpiewa pieśń w swoim ojczystym języku. Ci, którzy siedzą po środku, modlą sie lub kontemplują miejsce. Niesamowite, iloma językami władają ludzie. Polski też się znajdzie. Akurat natrafiamy na siostrę zakonną i księdza z Polski. Z obojgiem wdajemy się w krótką rozmowę.
...zobaczyć Piękno.
Chodźmy zatem razem...
...Wracając zahaczyłem o pasaż z dewocjonaliami, które wypadają blado w porównaniu z tymi z Jasnej Góry. Kryształki, świecidełka, (żadnych obrazków świętych), jakaś porcelana do złudzenia przypominające te rodem z Boliwii czy Peru. Tylko, że tam sam oryginały, a tu niestety lekko pachnie tandetną. Na przykład razem z krzyżykami i różańcami wiszą breloczki z markami samochodów i klubami piłkarskimi. Nakręciłem w nogach lekko 7 km w ciepłym słońcu. Musiałem zatem wziąć drugi prysznic. Obecnie ładuję telefon. Odsapniemy trochę i za godzinę ruszamy ponownie, bezpośrednio do Sanktuarium.
Załatwiłem dwie planowane sprawy. Zacznę od tego, że miasto Fátima do większa wersja Chełmna tzn. jest położone na wzgórzach. Dało to się odczuć szukając sklepu spożywczego. Niestety tych okropnie mało. Ratowałem się googlem, ale ten wywiódł mnie gdzieś, gdzie była jakaś prywatna posesja. Akurat niedaleko minąłem knajpkę, do której wstąpiłem. Ceny dla nas są wygórowane, ale dla rodzimych mieszkańców widocznie nie, bo tego typu lokali widuje się na drodze naprawdę wiele. Zapłaciłem 11 € za wielki talerz ryżu z kurczakiem. Była też sałatka z pomidorami i cebulą. Wszystko to obficie polane oliwą. Dodatkowo oliwki, pieczywo i woda. Smakowało. Gospodarz wskazał mi drogę do sklepiku, który rzeczywiście był na swoim miejscu. Co z tego skoro zamknięty, bo sjesta. Wziąłem się zatem w garść i zaczęłam przeczesywać Internet. Znalazłem market, który należał do tych, co nie robią przerw popołudniowych. Zakupy zrobiłem najtaniejsze, gdyż prowiant ma wystarczyć tylko na jutrzejszy dzień...
62 km. W mieście znalazłem bardzo sympatyczny hotelik, którego polecono mi z kolei w innym. Cena bardzo przystępna, bo 20 € z widokiem na sanktuarium. Do komunikacji przydał się... język rosyjski (!) 😃 A zatem, co następuje. Najpierw kąpiel, bo śmierdzę niczym Mongoł z epoki Chingis-Hana. Potem zakupy żywności i jakiś obiad w rozsądnej cenie. Na sam koniec - co najbardziej istotne - wizyta u Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej (muszę się ogolić). Obiecuję zdjęcia i relację. Dziękuję za całą, wspólnie odbytą, drogę do tego miejsca. Jutro, szalone 140 km do Lizbony.
61 km. Fátima.
58 km. Fátima.
51 km. Zaczęły się lekkie wzniesienia.
39 km. Wreszcie miejsce, z czynnym kranikiem i bieżącą wodą. Gdzie indziej owszem kranik można znaleźć, ale nigdzie wody. Śmiem twierdzić, że Portugalia to kraj zaniedbany. Przy drodze walają się stery śmieci. Są też butelki szklane, a każdy przedszkolak wie, co taka butelka może zrobić z lasem. Może stąd te straszne pożary, jakie nawiedzają ten kraj?
Dzień 33 (13 lipca 2017, czwartek). Jest 5:04 tutejszego czasu. Ciemna noc. Mimo to dokonuję załadunku sakw. Jeszcze tylko spakowanie namiotu i wyjazd. Przed nami droga do Fatimy. Szacuję, że przejedziemy 60 km, gdyż od oceanu do głównego traktu mamy dobre 5,5 km. Co dalej? Nie mam pojęcia. Może zostaniemy tam na noc, może pojedziemy dalej. Wszystko w rękach dnia i Waszych sugestii. Zapraszam do wspólnie spędzonego czasu. Ps. Tutaj Internet nie działa, więc mój zapis przeczytacie później.

12 July 2017

Potęga oceanu i jego piękno uchwycone w miliardach kroplach wody.
Jest to jeden z najpiękniejszych momentów tej wyprawy, gdzie będąc sam w zasięgu kilku kilometrów od tłoku ludzi i całego zgiełku cywilizacji, można poczuć się naprawdę wolnym i wdzięcznym za to, co się posiada, kim się jest i kogo kocha.
...jakie ogromne szyszki tutaj rosną. Jest jeszcze jedna sprawa, o której wspominałem dziś rano. Otóż moi niepisanym marzeniem tej podróży, był nocleg nad Atlantykiem. Co prawda nie śpię w jego bezpośrednim towarzystwie, bo do brzegu mam dobre 400 metrów, ale już stąd mam sposobność napawać się jego szumem. Gdyby nie ten wydmowy piach, przeniósłbym cały dobytek jeszcze bliżej.
Koniec jazdy na dziś. Wiem, że jeszcze wczesna pora, ale sami przekonaliście mnie, że do Fatimy wjedziemy jutro. Dlatego dziś tylko 93,65 km, w czasie 05:16:42 i średnią 17,74 km/h. Obóz rozbiłem tutaj: https://maps.google.com/maps?q=40.01541+-8.9034067 po to, żeby pokazać Wam...
67 km. Figueira da Foz. Mamy za sobą długi podjazd, na którym spotkaliśmy się z wielką życzliwością kierowców. Pozdrawiają nas nie tylko ci z pojazdów osobowych, ale również z tych, obładowanych wielkimi balami drewna. Ich trąbienie, niczym syreny okrętowe, potrafią poruszyć niejedno ucho. W okolicznych lasach żyją jakieś ciekawe owady. Początkowo myślałem, że ktoś zostawił skuter z włączonym silnikiem. Okazuje się, że tego typu dźwięki wydają te insekty. Musi ich być naprawdę wiele. Zjeżdżamy z szosy do miasta, aby w McDonald's załatwić sprawę przesunięcia mapy. Niestety darmowy Internet jest im nieznany. Zjeżdżamy do miasta, aby w McDonald's przesunąć mapę w nawigacji. Niestety darmowy Internet jest im nieznany. 83 km. Akurat właśnie teraz przy drodze stoi jakaś pani i może czeka na okazję. A my tutaj mamy swój 4000 kilometr. Nie za bardzo wypada robić zdjęcie.
42 km. Mocno pochmurnie. Temperatura 22 stopnie. Ruch na szosie średni. Jeżdżą tu pojazdy rodem z lat 70-tych przypominające Ziły. Co się tyczy motocykli to są te podobne do MZT-ek i komarków. Nie muszę zatem tłumaczyć, ile to wydziela spalin. Ciągniki to żadne potężne machiny tylko zwykłe ciapki, niekiedy własnej konstrukcji. Moda wiejska też z naszego dzieciństwa. Panie w chustach, panowie w beretkach z daszkiem. Rowery cieszą się dużym powodzeniem, oczywiście te bez przekładni.
Dzień 32 (12 lipca 2017, środa). Spało się za krótko. Mimo to obudziłem się przed nastawionym budzikiem według czasu portugalskiego. Jestem po śniadaniu. Na zewnątrz namotu mgła. Do Fatimy zostało około 155 km, więc nie mogę obiecać, czy dzisiaj ją zobaczymy. Gdybyśmy przełożyli termin wjazdu na jutrzejszy dzień, nie mielibyście do mnie o to pretensji? Jest jeszcze jedna sprawa, o którą bardzo zabiegam, ale niech zostanie ona na razie niespodzianką. Nie wiem, czy też się spełni. Dzień zatem dużo ma do rozwiązania. Ps. Odpowiadając na pytanie "wujka" Emana: Rower spisuje się wspaniale. Dziękuję za doradztwo w jego wyborze i montażu. Mamie z kolei na przyłożenie ręki, aby w ogóle ta wyprawa doszła do skutku. 🙂

11 July 2017

Co się tyczy jutrzejszego dnia, to jeszcze sam nie wiem, jak go rozplanować. Wszystko zależy od pogody i kondycji. A ta druga potrafi być przewrotną i kapryśną. Niech dzień sam podsunie rozwiązanie. Zostawiam ten problem jemu. Fakt faktem, że mamy do dyspozycji trzy dni podróży i niecałe trzy setki kilometrów. Tym oto akcentem, powoli żegnam się z moimi kibicami. Cieszę się z Waszego towarzystwa. 😉 Osobne pozdrowienia dla Ulriki i Gerharda, których już poznaliście w Getyndze, a którzy obecne spędzają urlop na południu Portugalii. Jeśli będzie nam dane, ponownie się z nimi zobaczymy, lecz tym razem w Lizbonie.
...Kierowcy może niezbyt cierpliwi. Lubią na siebie potrąbywać. Ludzie chodzą, gdzie chcą i jak chcą. Sygnalizacja mogłaby nie istnieć, tak jak w Paryżu. Dużo obcokrajowców. Można było usłyszeć niemiecką mowę. Poza tym stwierdzam, że im biedniejszy kraj, tym drożej w sklepach. We Francji za tą samą dużą, tabliczkę gorzkiej czekolady płaciłem 0,60 €, w Hiszpanii 0,90 €, a tutaj już 1,09 €. Do Lidla musiałem wjechać, bo skończył się chleb, a sera nie kosztowałem od kilku dni. Napoje również dokupiłem. Wziąłem ciastka, bo w przeciwieństwie do mlecznej czekolady, tak szybko nie ulegają przetopieniu, gdy przygrzewa słońce. Ponadto z obserwacji mówię, że Portugalczycy, to ludzie bardzo odważni. W dziś odwiedzanych wsiach (na południe od Porto), nie dostrzegłem ani metra chodnika. Z domu wychodzi się bezpośrednio na ulicę i po tej ulicy chodzi. A ruch​ samochodowy duży. W Polsce taka sytuacja jest nie do pomyślenia, a co dopiero do wykonania.
Tak, jestem w kukurydzy, a dokładnie tutaj. https://maps.google.com/maps?q=40.6896617+-8.582545 Niedaleko mam gigantyczny kompleks przemysłowy. Brat mówi, że produkują tu papier. Jestem porządnie wykąpany. Rzeka Vouga była bardzo łaskawa, a wędkarz totalnie obojętny. Każdy z nas zajęty był swoimi czynnościami. Pranie też zrobiłem. Poza tym jestem nad wyraz zadowolony. A czemu? Powodów jest wiele. Pierwszy najważniejszy. Do Lizbony przybliżyliśmy się o 170,36 km. To rekord trasy. Jechało się re-we-la-cyj-nie. Wiatr dopomagał całą parą tak mocno, że w czasie 08:57:43 wykręciliśmy średnią 19,01 km/h. To drugi rekord i to w tym samym dniu. Gdyby nie miasto Porto, bylibyśmy jeszcze dalej. Hmm... Porto. Miasto rzeczywiście robi wrażenie. Widać dawną, kolonialną potęgę, jaką była kiedyś Portugalia. To kraj niewątpliwie związany z oceanem i dalekimi wyprawami...
151 km. Informuję Was, że nadal jadę. Szkoda marnować tak silnego, przychylnego nam wiatru.
111km. Oceanus Atlanticus.
Jak się dobrze przypatrzcie, to dostrzecie wagoniki linowe.
Znajdujemy się na moście udostępnionym dla ruchu pieszego, rowerowego (zakazu nie było) i tramwajowego, a właściwie pojazdów metra. Po prawej wagon kolejki, tak jak na Gubałówce.
103 km. Porto.
81 km. Moi drodzy, musicie mi wybaczyć, że w naszym dzienniku podróży dziś nie pojawia się odpowiednio zadawalająca obfitość zdjęć, ale sami spójrzcie i oceńcie. Co tu fotografować? Ps. Automat w telefonie dopasował się do portugalskiego zegara.
65 km. Dostrzegam starszego człowieka z wielką zapalczywością podlegającego swój skrawek poletka. Zatrzymuję rower i podchodzę z pustą butelką. Pan, bez żadnego problemu, nalewa życiodajny napój. W między czasie rzucam słowa, które wszyscy rozumieją, jak Polonia, Santiago, Fatima. Gospodarz w pełnym szczerości, jednozębnyn uśmiechu, czyni gest błogosławieństwa i wręcza pełną butelkę wody. Wypowiada jeszcze jakieś słowa, ale nasza znajomość portugalskiego ogranicza się tylko do "obrigado" tzn. dziękuję.
53 km. Miasteczko Fão. Jak na razie droga mało ciekawa, z różną szerokością pobocza. Niekiedy zielsko, o którego przycinkę nikt nie zabiega, potrafi rosnąć na na 2,5 m wysokości. Zapomnijcie zatem o pięknych widokach. Plusów jest więcej. Pierwszy to rześki, przychylny wiatr. Po wtóre odpowiednia temperatura - 25 stopni. Po trzecie jedzie się cały czas przed siebie tj. na południe.
20 km. Budzący się dzień i Atlantyk.
Dzień 31 (11 lipca 2017, wtorek). Nie wiem, cóż to był za powód, aby w środku nocy urządzać paradę fajerwerkową. Strzelano chyba z armat, bo hałas niósł się efektownie, potęgowany przez taflę rzeki. Jedynym usprawiedliwieniem na tego typu ekscesy jest nasze przybycie do tego kraju. A swoją drogą pamiętaliście, żeby przestawić zegarki? Tutaj mamy czas brytyjski, czyli dłużej śpimy. Pozostałem jednak wierny naszemu chronometrowi i wstałem tradycyjnie, czyli w prosto w ciemność. Latarka była potrzebna do pakowania się w namiocie. Obecnie jestem po śniadaniu i rozpoczynam załadunek. Do zobaczenia na szlaku. I tak jak mówią Hiszpanie, życzę i ja: "Bon camino", tj. szczęśliwej podróży.

10 July 2017

Dziś zakończyliśmy podróż po kraju Don Kichota. Gościliśmy w nim przez 966,07 km. Na sam koniec składam swoje podziękowania. Ps. Smuci mnie wieść "wujka" Emana o zakończeniu działalności toruńskiego CCR Sport. 😢
Nasz obóz ukryty przed wzrokiem ciekawskich, których pełno dookoła, jak pasjonatów ryb i łódek. https://maps.google.com/maps?q=41.9027433+-8.80433 Jesteśmy bardzo blisko rzeki, z której dobrodziejstwa nie dane nam było skorzystać. Znowu w ruch poszła woda z butelki. Teren jest mocno zurbanizowany. Wszędzie jakieś posesje. Cud, że udało się znaleźć coś zielonego, mimo że pod nosem mamy ścieżkę rowerową, linię kolejową, no i szosę. Dzisiejsza trasa wypełniona była szumem samochodów i ich spalin. Ani jednej wolnej przestrzeni - ciąg miast, miasteczek, wsi i jakiś pustostanów. Tak też będzie i jutro, ponieważ będziemy poruszać się wzdłuż wybrzeża. Warto ponownie rzucić oko na Atlantyk. Dystans na dziś to 135,92 km. Czas pracy nóg to 07:26:58, średnia prędkość roweru wyniosła 18,24 km/h, co bardzo cieszy. Zniknęły bowiem góry, dając miejsca wyżynom. Jedzie się po prostu lżej i szybciej. Północny wiatr też wspierał.
134 km. Rzeka Miño. Po prawej Hiszpania, po lewej jej sąsiad.
127 km. Vila Nova de Cerveira. Jak widać Portugalia kontynuuje tradycję przyozdabiania rond.
...do Portugalii. Ps. Na poprzednim zdjęciu, po prawej, zauważycie fortyfikację obronną.
110 km. Granicznym, dwupoziomowym mostem (na górze biegnie linia kolejowa) na rzece Miño...
85 km. San Antoniño. Podczas przerwy na przystanku. Przed Wami cmentarz.
69 km. Wyczuwa się sól morską. Tą zatoką dopłynęlibyśmy do oceanu. W oddali most autostradowy.
60 km. Lidl odnaleziony, jednakowoż produkty potrzebne do konsumpcji już mniej. Na półkach krewetki, małże, omułki, macki ośmiornicy i innych potworów morskich. Wziąłem kukurydzę. 😀 Dziś rano otworzyłem, zakupioną przed dwoma dniami, kiełbasę. Na zewnątrz wyglądała jak polska, smakowała jak karma dla smoka wawelskiego. Paliła jak diabli i pali nadal, bo nafaszerowana była jakiś nieznanym ludzkości gatunkiem papryczki. Kiełbasy do końca nie dało się zjeść. Musiałem więc kupić więcej wody. Rachunek na dzisiaj 14,90 €, do którego należą także słodycze. Te cieszą się ogromnym powodzeniem. Pałaszuję je na każdym postoju.
58 km. ...i tą bardziej handlową.
57 km. Wciskamy się w ciasną zabudowę starego miasta...
54 km. Pontevedra. Czerwona lampka kontrolna mówi o potrzebie uzupełnienia zapasów. Rozglądamy się za znajomym sklepem.
Świadczy o tym ta informacja.
21 km. Znajdujemy się w Pontecesures. Przekroczyliśmy przed chwilą most na rzece Ulla. To niewyobrażalne, ale poruszamy się na dawnej drodze rzymskiej. To samo miejsce, a inny czas.
Ostatnie spojrzenie na katedrę.
Dzień 30 (10 lipca 2017, poniedziałek). Królewskie łoże, pomimo że wygodne, nie pokonało naszego materaca. Spało się jak księżniczce na ziarnku grochu. Jestem nastawiony bardzo pozytywnie do dalszej podróży. Przed nami kolejne kilometry. Życzyłbym Wam oraz sobie zobaczyć dziś wrota Portugalii. Zatem do przodu.

9 July 2017

...ten oto skromny prezent. Dobrej nocy, moi drodzy. Dobrej nocy.
Dziś przejechaliśmy 123,05 km w czasie 07:36:50, ze średnią 16,16 km/h. Jutro wyruszamy o 7:00. Recepcja jest poinformowana. Rozpoczynamy czwarty etap wędrówki, moim zdaniem jeszcze bardziej pasjonujący, o nazwie "Fatima". Planuję dotrzeć tam za trzy dni. Dziękować za Wasze towarzystwo, zachęty i dobre słowo, będę zawsze, gdyż są one - jakby tu ująć - doskonałą motywacją. Myślę o Was cały czas i dziękuję za Wasze poświęcenie w komentowaniu i wstawianiu uśmieszków. Mają one dla bardzo dużą wartość. Dlatego w ramach podziękowań ofiaruję Wam...
Po 29 dniach podróży i przebytych razem 3610,38 kilometrach, szczęśliwie dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wyprawy. Santiago de Compostela - miejsca pielgrzymkowe tysięcy ludzi. To tutaj mieszczą się relikwie świętego Jakuba, apostoła. Do postaci świętego można się dostać od tylnej części ołtarza, po schodach. Można wejść i go objąć, tak po przyjacielsku. Nie omieszkałem tego uczynić, odstając swoje w kolejce. Katedra robi wrażenie, choć zdjęcia w wykonaniu telefonu, pewnie tego nie oddają. Już sam fakt bycia w tym miejscu, daje poczucie spełnienia. I szczerze mówiąc, cieszę się, że tu jestem z Wami. Warto było tu przyjechać. Rower podniósł wartość pielgrzymowania. Dlatego, bez wzglądu na wysoką, jak na nasze portfele cenę, postanowiłem nieco przycupnąć w hotelu (pokój w piwnicy), mieszczącym się po sąsiedzku przy katedrze. Zakupiłem trochę drobnych pamiątek, zjadłem ciepłą zupę oraz pokręciłem się po ciasnych uliczkach obleganych przez liczne kafejki i sklepiki z suwenirami.
Moi drodzy. Jest wiele do opowiedzenia. Ale może najpierw koordynaty. Tutaj śpię. Dwa kroki od katedry. https://maps.google.com/maps?q=42.8797941+-8.5436146
Relikwiarz znajduje się w małej grocie pod ołtarzem.
Katedra wykona głównie w kamieniu. Ołtarz zajmuje centralne miejsce w świątyni. Można go obejść dookoła. Ławki ustawione są względem ołtarza oraz na bokach, ale również frontami do postaci świętego Jakuba. Organy znajdują się zarówno po lewej, jak i prawej stronie i mocno wystają w kierunku nawy głównej.
Można znaleźć i polskie akcenty.
123 km. Santiago de Compostela.
119 km. Prawie u celu.
103 km. Odzywam się, abyście nadto nie zamartwiali. Droga przeważnie w górę, bo ze zniesienia zjeżdża się powiedzmy pół minuty, a wjeżdża na nie z dziesięć. Taka to nieuczciwość.
53 km. Następne miasteczko po drodze. Mimo niedzieli apteka czynna. Łatwo ją rozpoznać już z daleka, ponieważ wszystkie są wyposażone w szyld w kształcie krzyża. Szyld ten dodatkowo jarzy się zielonym światłem. Z tego typu oznakowaniem aptek spotkaliśmy się już we Francji. Venda elastica i bandaż zakupiony. W aptece stoi akurat dużo starsza ode mnie para. Maszerują już 69 dzień, prosto z Francji. Niezły wyczyn.
41 km. Po wczorajszym doświadczeniu podziękowałem nawigacji za propozycję skrótu. Stwierdziłem, że nie pcham się na drogę, która jest szeroka na jedno auto i gdzie tłumnie maszerują ludzie. Wolę zrobić o te 15 km więcej, ale zaoszczędzić siły. Teraz przyszedł czas na drugie śniadanie. Otwieram puszkę z filetes de atenque.
23 km. Na szlaku robi się coraz gęściej od turystów
20 km. Mgła nieco zelżała. Na szlaku wyłonili się turyści, a przed nami białe miasto.
Dzień 29 (9 lipca 2017, niedziela). Pakowanie przy włączonym świetle latarki. Mgła i dużo porannej rosy. Jest jeszcze półmrok, ale wyruszamy.

8 July 2017

Wędrowców, turystów, pielgrzymów coraz więcej. Zdziwilbyście się sądząc, że to głównie Hiszpanie. Przewagę obrali Azjaci. Niekiedy szosa pokrywa się ze szlakiem dla pieszych. Wtedy dostępne są ławeczki i woda. Każda większą wieś ma czynny bar, ale to chyba taki zwyczaj w tym rejonie świata. Hiszpanie uwielbiają siedzieć przed restauracjami, kafejkami i knajpkami. Tak zwane ogródki są chętnie wykorzystywane przez przechodniów. Statystyka. Dystans 117,15 km. Czas 07:34:48. Tempo 15,45 km/h. Bardzo bym prosił o jutrzejszy doping. Być może przyjdzie mi milczeć przez dłuższy czas, ale to z powodu energii dla nawigacji i telefonu. Łatam ją jak umiem, ale wciąż odczuwam deficyt. Pozdrawiam i dziękuję za obecność na trasie. 😉 Dobrej nocy.
Nie dało rady dalej jechać. Dzisiejsza trasa mocno dała się we znaki. Zaczynała szwankować psychika i Achilles - tym razem ten prawy. Rozbiłem się zaraz przy szosie. Mam ścięta trawę i rześki strumyk. https://maps.google.com/maps?q=42.7807567+-7.4452333 Kąpiel zregenerowała siły, a przepierka odświeżyła odzież. Zjadłem też tabliczkę czekolady i kolację. Zakupy zrobiłem już na jutro (11,20 €) w miasteczku oddalonym o parę kilometrów. Do Santiago jeszcze około 120 km, więc liczę na to, że jutro uda nam się tam dotrzeć. Może znajdę jakiś nocleg z pościelą. Wszystko zależy od ceny i pory dnia, w której się znajdziemy. Bardzo zależy mi na tym, aby wejść do katedry, bo jak powiadają: "Być w Rzymie i papieża nie zobaczyć...".
101 km. Po ponad 5-kilometrowym zjeździe serpentynami, gdzie zmiana ciśnienia zatyka uszy, a muchy wbijają się w koszulkę, przyszedł czas w na zapuszkowany posiłek (fasola z boczkiem). Na tę chwilę dotarliśmy do Samos. Przed Wami kompleks, chyba klasztorny.
72 km. Pomnik pielgrzyma.
68 km. Na wysokości chmur - 1300 m n.p.m.
66 km. Widoki wspaniałe odkupione wielkim trudem.
61 km. Bliskie spotkanie czwartego stopnia.
60 km. A trzeba mi było trzymać się blisko autostrady. Co z tego, że tu niby bliżej, skoro dłużej. GPS i jego rady kosztują zbyt dużo czasu i sił.
58 km. Wybieram inną drogę. Na poprzedniej zbyt mocno wytracałem siły.
56 km. Zrobiło się wąsko i stromo. Trzeba przez pewien czas pchać rower.
50 km. Autostrada. Pasy z jednym kierunkiem ruchu powyżej. Niższy poziom dla jadących w przeciwną stronę.
49 km. Samotna twierdza po lewej.
43 km. Jesteśmy na dobrym szlaku. Muszę się Wam przyznać, że dzisiejszy dzień jest słaby do jazdy. Wciąż szukam wymówki, aby się zatrzymać. Autostrada wije się wokół naszej szosy.
34 km. Tak jak prowadzi szlak. Lewą stroną, za barierką poruszają się wędrowcy-pielgrzymi.
32 km. Świetność czyjegoś rodu nie przetrwała wieków. Teraz mury zamieszkują jaskółki.
26 km. Na przedzie wóz policyjny, potem motocykl, jakiś wóz techniczny i ambulans oraz ponad dwustu, a może i więcej, cyklistów.
Dzień 28 (8 lipca 2017, sobota). Noc mogła być trochę dłuższą, ale nie ma co narzekać. Przed nami następne kilometry, które warto przeżyć. Zapraszam do podróży.

7 July 2017

Jesteśmy już w namiocie. Pod latarnią najciemniej, czyli tuż na gęstymi krzakami, pięć kroków od strumienia, obok drogi, która łączy dwie małe wsie. https://maps.google.com/maps?q=42.581675+-6.52008 Opóźnienie nadrobiliśmy, z czego jestem wielce rad. Dziś znowu mocno powyżej stówki, czyli 136,03 km. Czas siedzenia w siodle 07:29:07. Średnia prędkość 18,17 km/h. Na wspaniałe gładkiej, świeżutko wyasfaltowanej drodze rower rozpędził się do 59,11 km/h. Droga ubywała w mig, a licznik szybciutko dodawał dystans. Dziś Hiszpania oferowała nam piękne widoki i polską mowę. Jutro przejeżdżamy przez niedaleko oddaloną Ponterradę i kierujemy się na Lugo. Do Santiago coraz bliżej. Widać to oznakowaniu i pielgrzymach. Z mojej strony to wszystko z dzisiejszej relacji. Mam nadzieję że​ noc Wasza i moja będzie zaliczać się do tych spokojnych. Trzymajcie się. Dziękuję za towarzystwo.
123 km. Francja i Hiszpania posiadają bardzo dużą ilość rond i to niekoniecznie w terenach zabudowanych. Większość z nich jest bardzo ładnie udekorowana. Tutaj widzimy wkomponowany pomnik.
112 km. Zapalamy światła i wjeżdżamy w skały.
105 km. Nie wiem, co powiedzieć. Rewelacyjne widoki.
99 km. Po uzupełnieniu wody kierujemy się w stronę nieba. Zdjęcie zrobiłem z perspektywy koła, abyście nie myśleli, że droga jest płaska jak stół. Gwarantuję, że można się spocić. Dobrze, że słońce schowało się za chmurami. Zapowiadana burza przechodzi bokiem.
98 km. Wciąż pniemy się w górę. Na poboczu wyłania się znak. Rodzi się we mnie nadzieja.
88 km. 33 stopnie ogrzewają czerwoną ziemię.
86 km. Symbol tej krainy.
80 km. Astorga.
80 km. Kochana mamo. Jestem w mieście Astorga. Znalazłem knajpkę na uboczu, gdyż z doświadczenia wiem, że zazwyczaj takowe mają nieco niższe ceny i lepsze menu. Zamówiłem w ciemno zupę i drugie danie. Jedzenie smaczne na modłę naszego rosołu i golonki z kapustą i grochem. Porcje były uczciwe. Zapłaciłem 10 €, a Internet był w cenie. Przesunąłem zatem mapę w nawigacji. Można śmiało jechać dalej. Dziękuję Ci za troskę o mnie i moje obiady. Muszę się zbierać, bo chyba knajpka jest zamykana na sjestę.
74 km. Przejeżdżając przez kolejną mieścinę, kątem oka dostrzegam polską flagę przypięta do plecaka. Podjeżdżam do pary z Gdańska i wdaje się w rozmowę. Polaków tu coraz więcej, jak stwierdzają ludzie w moich wieku. 71 km. Wjechaliśmy w tereny wyżynne. Plusem jest, że wiatr nieco zelżał. Minusem, wiadomo, większy nacisk na pedały.
52 km. Poruszamy się mocno ruchliwą drogą, obok której biegnie szlak Jakubowy. Od czasu do czasu widuje się wędrowców, a nawet jedną grupę rowerzystów. Młody cyklista woła w swoim języku: - Tata zobacz, Polak jedzie.
Nic jeszcze nie zrobiłem. Sprzęt odmawia współpracy. Jestem coraz bardziej nerwowy. Otrzymałem właśnie komunikat: "Prace konserwatorskie. Przepraszamy za niedogodności". Jedziemy tak czy siak. Drogą N-120 do miasta Astorga. Może do tego czasu serwis internetowy będzie już czynny. Podczas pakowania notebooka dodaje słyszę polską mowę. Stoi przed mną kobieta, która od siedmiu lat mieszka w León z mężem Hiszpanem. Mówi, że odpowiada jej tutejszy klimat, bo jest zbliżony do polskiego. Tęskni się jej jednak za lasami, których tutaj jest bardzo mało. Życzy przyjemnej podróży i żegna się. My z kolei wchodzimy do pobliskiego Lidla, aby kupić pieczywo i słodycze. W wodę zaopatrzymy się po drodze.
29 km. Siedzę w McDonald's od pół godziny. Dłuży mi się ta robota z aktualizacją. Przeinstalowałem program, zmieniałem kable i porty. Wreszcie zaskoczyło. Ciekawe, czy dobrze przesunie mapę w nawigacji.
Długo nie mogłem zasnąć. Może to przez poświatę Księżyca, który obficie odbijał światło słoneczne, rozlewając ją na całą okolicę. A kiedy już mi się udało przymknąć oko, to pewien ptak swoim chrapliwo-gruźliczym głosem, skutecznie obwieszczał o swojej obecności. Mamy dzień 27 (7 lipca 2017, piątek). Czas poszukać McDonald's i jego darmowego Internetu. Mam nadzieję, że darmowy będzie. We Francji bynajmniej był. Ruszamy. Według naszego meteorologa po 15:00 napotkamy burzę.

6 July 2017

Cel na dzisiaj uchwycony. I choć na mapie widnieje tu strumień, to w rzeczywistości zakończył on swoją egzystencję, czekając na porę deszczową. Historia wody z butelki znalazła swoją kontynuację. 😉 Okolica jednak jest tak urzekająca, że postanowiłem tu postawić nasz namiot. Co najważniejsze nie ma zabudowań, więc nie będą szczekać psy, albo muczeć krowy, jak ostatniej nocy. Do drogi mamy z 200 metrów, o tutaj: https://maps.google.com/maps?q=42.6010917+-5.3012867 Za nami 134,40 km. Czas jazdy 07:35:15. Średnia 17,71 km/h. Moim życzeniem jest utrzymywać obecny dystans w codziennym wysiłku, aby 14 lipca wjechać do stolicy Portugalii. Wszystko jednak zależy od wielu czynników, w tym pogody, a przede wszystkim ukształtowania terenu. Jutro, mieście León trzeba koniecznie przesunąć mapę w nawigacji. Jesteście zgraną drużyną, za co Wam bardzo dziękuję, jak również za każdą chwilę poświęconą na pojawienie się w tej aplikacji i zostawienie swojego śladu.
121 km. Typowa konstrukcja budynku kościoła, jaką można spotkać w tych rejonach. Przeważnie na wieżę kościelna trzeba wejść od zewnątrz. Służą ku temu drewniane schody. Zdarza się jednak, że wieża zajmowana jest przez ptasich lokatorów. Widuje się tu bociany.
111 km. Takie tu spotyka się widoki. Pasterski pies był tak miły, że poczęstowałem go parówką. Odwdzięczył się merdaniem ogonem.
110 km. Droga zrobiła się bardziej wyboista i wietrzna. Przejeżdżając przez wieś, ławeczka zachęciła do spożycia obiadu. Dziś mamy albóndigas con guisantes, co smakuje jak klopsiki w sosie marchwiowo-groszkowym. Pomidor, którego również zakupiłem, dodaje smaku. Jest pysznie.
102 km. Jesteśmy na dobrym szlaku. I choć zaczął padać deszcz, to silny wiatr zepchnął chmury w inną stronę niż nasz kierunek jazdy.
95 km. Ponownie na górze. Widoki rekompensują jednak trud wdrapywania się.
91 km. Następna góra przeskoczona, o kącie nachylenia 8%. Jezdnia oferowała dwa pasy na wjeżdżających na stromiznę. My używaliśmy trzeciego tj. pobocza. Taki tu panuje styl jazdy. Góry wciąż żądają daniny wysiłku.
88 km. Postój na prowizorycznym dworcu kolejowym Cerezal de la Guzpeña.
61 km. Miasteczko Las Heras. Siedzący w kawiarence pan zaczyna oklaskiwać nasz przejeżdżający rower. Miłe uczucie, przyznaję.
48 km. Szeroką drogą Cl-626 jedziemy w kierunku miasta León. Są wzniesienia, ale delikatne. Słońce za chmurami. 26 stopni wypełnia powietrze. Krajobrazy w westernu. 😁
33 km. W pierwszym większym, napotkanym miasteczku, robimy zakupy. W sklepie Lupa zostawiamy 16,20 €. Dokonując załadunku w sakwy, pewna kobieta zapytuje nas o cel naszej podroży. Nasz angielski zaspakaja jej ciekawość. Do rozmowy dołącza się mężczyzna. Zakładam, że to mąż. Razem oglądamy mapę trasy. Już sama do tej pory przebyta droga, wywołuje u nich niedowierzanie.
5 km. Poranna rozgrzewka na szczyt. Jesteśmy na wysokości 1220 m n.p.m. Temperatura 16 kresek w plusie.
Dzień 26 (6 lipca 2017, czwartek). Zasnąłem dopiero po 22:00 przekręcając się z boku na bok. Spało się dobrze. Szosa mało ruchliwa. Tropik zgromadził trochę porannej rosy. Jest jeszcze chłodno, ale ruszać trzeba. Jestem gotowy, a Wy?

5 July 2017

Moda na ogradzanie pola to chyba norma w Hiszpanii, z racji na wypas bydła. Na szczęście była bramka. Znalazł się też i strumyk. Pranie zrobione. W namiocie mam 40 stopni (tak pokazuje licznik rowerowy) oraz zapach rumianku i innego ziela. Muchy brzęczą dookoła. Do Santiago przybliżyliśmy się o 135,91 km. Potrzebowaliśmy na to trochę czasu: 07:29:24. Średnia była zadowalająca, bo wyniosła 18,14 km/h. Pogoda sprzyja, nogą nie dokucza. Jutro planuję również osiągnąć taki dystans, chyba że góry nie pozwolą. Dziękuję za komentarze, dobrą zabawę i Wasze achy i ochy. Szczególnie dziękuję sąsiadom - Państwu Płuciennik i Wasilewskim. Całej reszcie naszego towarzystwa kłaniam się w pas. Muszę oszczędzać energię w sprzęcie, więc zaraz idę spać. Jutro trzeba też zrobić zakupy. Nie zapomnijcie. Dobrej nocy. Ps. Tu jestem. https://maps.google.com/maps?q=42.92696+-4.2315317
131 km. Hiszpańskie klimaty.
129 km. Następna góra pokonana. Zjeżdżamy w dolinę szukać noclegu. Pranie jest koniecznością. Sól osadziła się na całym stroju.
120 km. Jazda wzdłuż jeziora była bardzo nużąca. Zbliżamy się jednak do przedmieść miasta Reinosa. Jest okazja wyjaśnić owe animacje świetlne, o których wspominał Sławek. Zdjęcie pewnie tego dobrze nie pokaże, ale spróbujmy. Pierwsza sygnalizacja składa się z dwóch świateł pomarańczowych, które naprzemiennie migają. Ostrzegają one przed skrzyżowaniem, na którym pali się czerwone światło.
100 km. Jezioro del Ebro. Na tym kilometrze robimy dłuższy postój. Wcinamy prowizoryczny obiad składający się z chleba, kukurydzy i parówek. W jednej z przednich sakw zagotował się snikers. Ręce mamy pełne czekolady.
82 km. Wjechaliśmy na 874 m n.p.m. Temperatura 36 stopni. Jedzie się dobrze. Prawie każda wieś oferuje darmowy wodopój.
67 km. Droga zmieniła charakter. Jedziemy w asyście skał z przewagą lekkiego podjazdu.
Czytając dotychczasowe komentarze, widzę że potrzebujecie zagadkę. Proszę bardzo, oto ona: Jak nazywa się prowincja Hiszpanii, w której przypadł nam kolejny tysięcznik?
58 km. Miasteczko Villarcayo. poruszamy się szeroką szosą z poboczem na wzór naszej A80, tylko o lepszej nawierzchni. Słonecznie, z lekkim wiatrem. 26 stopni oferuje pan Celsjusz. Po prawej budynek pełniący rolę ratusza.
36 km. Moi drodzy, za nami 3000 km podróży. Dziękuję Pawle za opiekę nad naszymi kilometrami.
Dzień 25 (5 lipca 2017, środa). Ponieważ słońce wstaję później niż w Polsce, my również. Pobudka o 6:04. Równą godzinę zajmuje śniadanie, przebrania, spakowanie i załadunek. Jestem gotowy do drogi. Dziś też na Was liczę. Energii mam coraz mniej. Jeden power bank bank pusty. Drugi w 75% pełny.

4 July 2017

Widok z namiotu.
Rzeka Embro, umowna granica kraju Basków, przyniosła dużą dozę ochłody. https://maps.google.com/maps?q=42.761565+-3.0676 Dziś był dobry dzień. Samopoczucie wzrosło, kiedy noga przestała dokuczać, po tym jak dostosowałem się do rad taty. Odcinek 112,56 km w czasie 06:36:55, przejechaliśmy ze średnią 17,01 km/h. Była też najwyższą prędkość 55,07 km/h podczas długiego, prostego zjazdu. Jest bardzo ciepło. Okulary mam coraz bardziej umazane i podniszczone, ale widać przez nie jeszcze świat. Jutro kierujemy się na miasto Reinosa. Dziękuję wszystkim za wsparcie, życzliwość i wszelką pomoc. Pozdrawiam i życzę dobrej nocy.
105 km. Hiszpania pełna krajobrazów.
Z tej strony będzie lepszy widok.
101 km. Po pokonaniu dość solidnej górki, zjeżdżamy do wsi, która trudni się prawdopodobnie wydobyciem minerałów. Świadczy i tym dużo poletek, przez które przepływa woda. Poletka znajdują się po lewej stronie szosy.
66 km. Lidl został odnaleziony w większym napotkanym mieście tj. Vitorii-Gasteiz. Nie znalazłem swoich ulubionych klopsików, zatem wziąłem pewniaki - parówki i kukurydzę. Przy kasie zapłaciliśmy 14,20 €. Podczas załadunku produktów na zapleczu sklepu, akurat wyszła pani-pracownik zapalić papierosa. Z uznaniem pokiwała głową, że jedziemy do Santiago, i że dziw bierze, że solo. Nie umiałem pani wytłumaczyć, że nie jedziemy sami, skoro nas jest już ponad 130 osób. 84 km. Jesteśmy w hiszpańskiej wsi. Cisza i spokój. Siedzimy na ławeczce w cieniu, sącząc chłodny jogurtowy napój. Pokręcimy jeszcze z dwie godziny, skoro tak ładnie goi się Achilles.
54 km. I jeszcze jedno ujęcie. Rowerzystów tu więcej niż samochodów. Wszędzie rozbrzmiewa pozdrowienie "Ola", a nawet słychać dodatek "Polako".
50 km. Zjeżdżając z 622 m n.p.m. naszym oczom ukazuje się jezioro Ullibarri-Gamboa. Jest słonecznie. Ciepło, ale nie upalnie.
40 km. Spokojnym, miarowym tempem wjeżdżamy pod górę. Jak na razie jesteśmy na wysokości 500 m n.p.m. Jeździ tu dużo trenujących kolarzy. Po prawej autostrada. Tam jechało być gładko jak po stole. Tunele, wiadukty i inne cuda umilałyby jazdę. Tak wpisując ten tekst, nie zauważyłem jak podjechał do mnie kolarz. Ludzie są tu naprawdę mili. Nasza flaga i słowo Polonia robią swoje. Dorzucam Santiago, Fatima i Lizbona i głowa pana przytakuje na znak zrozumienia. Pan pozdrawia po hiszpańsku i wrzucając dużo buono, odjeżdża.
20 km. Jesteśmy w miasteczku Bergara. Jak na razie żółw dobrze radzi sobie z Achillesem. Wspieram go częstszymi przerwami i masażem. Kupiłem bagietkę i nestea. W sklepiku oprócz oleju, makaronu i pomidorów, nie było nic więcej. 2,50 € na rachunku.
Zaczynamy kolejny dzień. Baterii w telefonie 1/3, więc wchodzimy w próg oszczędzania. Noga nieco napuchnięta. Założyłem bandaż. Sposób na żółwia się przydał. Jedziemy asekuracyjnie, oby dalej. Dziękuję Wam za słowa wsparcia. Wielki nie jestem, bo to żadne osiągnięcie - po prostu robię to, co lubię i umiem (jak większość z Was), czyli jeździć rowerem. Chciałbym jednak dopiąć celu, bo przecież po to tu jesteśmy. A jakim sposobem, to zobaczymy w przyszłości. Pozdrawiam i startuję. Ps. Wszystkiego najlepszego tato, w dniu Twoich 68. urodzin. Obyś nie musiał tyle pracować.
Dzień 24 (4 lipca 2017, wtorek). O 1:30 pojawiły się światła reflektorów. Samochód stał z włączonym silnikiem. Zrobił się hałas. Wyszedłem z namiotu sprawdzić, co się dzieje. Trzech panów zapalczywie czegoś szukało przy strumyku. Nasz namiot praktycznie dla nich nie istniał. Jeden z nich zainteresował się mną dopiero wtedy, jak się przywitałem. Znał angielski na tyle, ile potrzeba w takich sytuacjach. Mówił coś o dużej wodzie, bo "big water" właśnie to oznacza. Przyświecali sobie telefonami, ale jak im użyczyłem lampki rowerowej, to od razu zadowolenie wskoczyło w ich rozmowy. Po pół minucie znaleźli swoje skarby. Były to trzy, może 15-litrowe baniaki sterczące w strumyku. Nie wiem, do czego miały one miały im służyć i to jeszcze w środku nocy. Pożegnawszy się, odjechali.

3 July 2017

Jutro jedziemy do miasta Zymarraga. Potem odbijamy na Bergarę. W Bergarze powinniśmy być dzisiaj, ale pomyliłem zjazd. 😕 Trasa ustalana w domu tutaj się nie sprawdza, więc trzeba dużo główkować.
Czwarta najbardziej frapująca sprawa - kontuzja. Tego się nie pokona tak raz dwa. Idąc za radą taty, zastosowałem zimny okład. Później wziąłem maść. W namiocie muchy padają. Stosuję uciski, masaże i opaski. Musicie się liczyć z tym, że jeśli Achilles wygra, to nasza wyprawa ulega zmianie. Koniec roweru, tylko pociąg. O tym jednak nie chcę jeszcze myśleć, choć czuję rosnąca presję czasu. Za jedenaście dni muszę być w Lizbonie. Jeśli nie sprostam rowerem, wybiorę szybszy transport. Nie ukrywam, że jestem trochę przygnębiony. 89,60 km; 06:09:56; 14,53 km/h. Rozbiłem się niedaleko drogi dojazdowej. We Francji, kierowcy by przejeżdżali i po sprawie. A tu, zatrzymują się i wypatrują. Ciekawscy jacyś straszni. Nowy element krajobrazu się pojawił - namiot.
Koniec trasy. https://maps.google.com/maps?q=43.1350575+-2.3506734 Nie kleiła się od samego początku. Przede wszystkim nawigacja. Trasa ustalana w zaciszu domowych kątów, poprzez rowerowy portal internetowy, powinna pokrywać się w tą w rzeczywistości. Kilometry muszą się zgadzać. A tak niestety nie jest. Ustalana 80 km, to po takim dystansie powinienem znaleźć się w miejscu przez siebie wybranym, a nie 20 km od celu. Po drugie jedzenie. Drugą puszka też poszła do śmieci, bo zapach mówił, że jest to niejadalne. Następny razem zakupy tylko w sprawdzonej marce. Po trzecie próbuje dostać się za wszelką cenę na drugą stronę Pirenejów. Góry nie przeskoczysz, roweru nie przepchasz, trzeba zatem objeżdżać. Asfalt jest dobry, kierowcy wyrozumiali, ale droga się dłuży, racji na prędkość. A ta jest podyktowana czwartym punktem.
79 km. GPS pokazał, że tu wskoczymy na ścieżkę rowerową. Niestety była to wielka podpucha. Wracamy na asfalt.
59 km. Pan Achilles prosi o częstsze przerwy. Oto jedna z nich z widokiem na góry.
47 km. Kiepsko ubywa droga, jakby po gruzie. Jesteśmy w miasteczku Zarautz. Tutaj szukałem okazji do zrobienia zakupów i zjedzenia wczesnego obiadu. Rachunek wskazał 14,30 Euro, z czego dwa można by było zaoszczędzić. Kupiłem bowiem coś, co ładnie wyglądało na etykiecie, a gorzej już podczas konsumpcji. Musiałem owo coś wyrzucić. Tak doradziły mi kubki smakowe, a żołądek zatwierdził.
40 km. Miasteczko Orio. Tuż przed wjazdem do jego granic macha do nas rowerzysta z Bułgarii, albo Węgier (niezbyt dobrze widziałem flagę). Jest tak samo obładowany jak nasz rower.
29 km. Już 10:30, a mamy przejechane parę kilometrów. Tracę siły na szukanie drogi. Wybrałem inną, bo to co zaproponował GPS było nie do przyjęcia. Dziś jest słaby dzień na podróżowanie.
Na każdym kroku odkrywamy nowe widoki.
18 km. Zajechaliśmy do apteki. Translator Pons, którego mamy zainstalowanego, świetnie sobie poradził. Mamy maść, aby leczyć naszego Achillesa. Angielski trochę też się przydał, gdy aptekarz zalecał stosowanie. Wydatek 7,70 Euro.
17 km. Atlantyk. W powietrzu unosi się sól oceanu.
Po lewej ponownie rozciąga się ocean. Jest też i plaża. Spacerniakiem biegają poranni zapaleńcy. Polewaczka czyści chodnik.
12 km. Trintxerpe. Port wciśnięty w pirenejskie wybrzeże. Lawirujemy wymyślnymi zjazdami, tunelami, kładkami, nakładając jednocześnie kilometry.
Dzień 23 (3 lipca 2017, poniedziałek). W Polsce i w Niemczech to budziła jutrzenka. Słońce pięknie przygrzewało, oferując człowiekowi porcję radości na śniadanie. Tutaj dni są pochmurne, spowite aurą niechęci i wilgoci. Zwinąłem materac, karimatę, przebrałem się (wiatrówka wymaga zmiany zapachu) oraz zjadłem śniadanie (menu nie jest wygórowane). Potem zwiniemy namiot, obleczemy ciężarem rower i ruszymy. Rozpoczynamy trzeci, siedmiodniowy, etap podróży. Dałem jej kryptonim "Santiago". Zapraszam do towarzyszenia w wysiłku. 😀

2 July 2017

Obóz rozbity na obrzeżach miasta Irun, w pobliżu drogi ekspresowej. Jest mała łączka, jakaś chałupa i co najbardziej pożądane, strumyk. https://maps.google.com/maps?q=43.31967+-1.827215 Generalna kąpiel i przepierką stroju, którego noszę bodajże od czterech dni. Tamten, którego suszyłem popołudniem, jest już gotowy na jutro. Jesteśmy w kolejnym kraju. Udało się dotrzeć do niego przed zmrokiem. Po raz pierwszy w życiu widzę ocean, Pireneje i słyszę hiszpański na żywo. W ciągu tej wyprawy wiele rzeczy ma swój debiut, jak zdążyliście już pewnie zauważyć. Francja trzymała nas u siebie przez 1268,65 km, a zatem dłużej niż Niemcy. Przejechaliśmy dziś całkiem ładnie, bo 129,49 km. Czas 07:43:25. Średnia 16,76 km/h. Jutro, z początku jedziemy wybrzeżem, ale potem wciskamy się w Pireneje. Nie będzie dużo kilometrów, bo planuję ich 80 km. Będą to jednak w połowie intensywne kilometry. Ostatnie zdanie już pewnie znacie. Dziękuję za wszystko. Dobrej nocy. Do jutra. Pa.
122 km. Witaj Hiszpanio! W mieście tłumy ludzi. Wesołe miasteczko dziś zarobi.
111 km. Drogą do Hiszpanii, która kluczy między wzniesieniami. Obok szosy ludzie wydeptali dziką ścieżkę.
Cudownie świeża bryza, delikatny szum fal. Niestety ciszę zakłócają przejeżdżające pojazdy. Ludzie kręcą się to jedną, to w drugą stronę. Niektórzy robią zdjęcia.
110 km. Atlantyk.
109 km. Saint-Jean-de-Luz, w którym natłok samochodów, motocykli, skuterów i wszędobylskich turystów mówią o tym, że jesteśmy blisko granicy.
98 km. Są piękne widoki w życiu, jak choćby uśmiech żony, czy (pierwsze) uśmiechy dzieci. Bije od nich szczerość i niezatarte wrażenie bycia potrzebnym. Przedstawiam Wam jeszcze jeden, do tej pory nieznany i całkowicie nowy, obraz. Przed Wami bezgraniczny błękit Atlantyku. Jego potęga wymieszaną z bliskością, sprawia że człowiek staje w zachwycie, a myśli uciekają ku wieczności. Cieszcie się tą chwilą.
93 km. Na horyzoncie wyłania się pirenejski masyw górski.
88 km. Zaczyna pojawiać się roślinność śródziemnomorska.
85 km. Pojawiło się słońce, co jakiś czas zakrywane chmurami. W powietrzu czuć świeżą bryzę wiejącą od strony oceanu.
74 km. Wzdłuż rzeki. Nie ma co prawda wzniesień, ale jest wiatr.
71 km. Pogoda tragiczna. Chłodno. Widuje się ludzi chodzących w kurtkach. Robimy małą przerwę na posiłek. Będziemy poruszać się wzdłuż rzeki L'Adour w kierunku miasta Anglet.
59 km. Moczy nas krótki przelotny opad. Chwilę później na skrzyżowaniu dokonuję falstartu, w wyniku czego uderzam pedałem w lewe ścięgno Achillesa. Zakładam opaskę uciskową na staw skokowy, aby odciążyć opuchliznę. Jutro profilaktycznie trzeba zajechać do apteki.
38 km. Przyjęło się, że dobrymi stróżami są psy. Proszę bardzo, a tu salonu Renault pilnują osły. Nieco płochliwe, gdy do nich się zbliży.
37 km. Za naszymi plecami zostawiamy miasto Dax. Nadal pochmurnie. Na drodze można spotkać trenujących kolarzy.
8 km. Doganiają nas dwaj emerytowani kolarze. Mieszaniną słów francuskich, angielskich i niemieckich wymieniamy informacje o celu naszej podroży i pozdrowienia. Panowie są zainteresowani, z jakiego kraju pochodzimy, więc grzecznie im wyjaśniamy.
Dzień 22 (2 lipca 2017, niedziela). Rozpoczynamy czwarty tydzień podróży. Jest 14,6 stopnia Celsjusza. Naturalnie, pochmurno. Według naszego meteorologa ma jednak nie padać. Liczymy na słońce. Czas rozgrzać mięśnie. W drogę.

1 July 2017

Na sam koniec - tradycyjnie - dziękuję za Waszą obecność, każdy gest, motywowanie i dobre słowo. Dzięki Wam droga staje się szersza. Ps. Mam dla Was pewną niespodziankę. Otóż jesteśmy już na półkuli zachodniej naszej planety. Czyż to nie fantastyczna wiadomość?!
Jesteśmy u celu. Hurra! Nie wiem od czego zacząć z tym wieczornym opisem. To nic, że nas moczyło naście razy, konkretnie, do końca, do samej wkładki w portkach, ale liczy się to, że dzień był nadzwyczaj owocny. Nie uwierzycie, ale przeszliśmy samych siebie - 161,99 km. Nie jest to wprawdzie rekord w dystansie, ale w średniej czasowej. Jechało się nadzwyczaj lekko, przyjemnie, niemalże bez wysiłku. Rower, jak to się określa w żargonie, po prostu płynął. W czasie 08:33:23 wykręciliśmy średnią - bagatela - 18,93 km/h. To najwyższy wynik do tej pory uzyskany (!) Gdyby nie strumyczek i świetne lokum na rozbicie obozu, pojechalibyśmy dalej. https://maps.google.com/maps?q=43.7656583+-0.742728 Czuję, że przyciąga nas do siebie Hiszpania. Coś niewyobrażalnego, jak ten nieznany dla mnie kraj, potrafi magnetyzować. Dlatego jutro zmieniamy trochę trasę. Jedziemy do miasta Anglet. Zobaczymy ocean i całą parą pchamy się do granicy. Niech nasza flaga załopocze w kolejnej rzymskiej prowincji.
131 km. Lidl to mój ulubiony sklep. Powoli rozeznaję się w ułożeniu francuskich produktów, ale są też rzeczy takie same jak u nas. Kupujemy zazwyczaj to samo, czyli wodę, batony, gorzką czekoladę, chleb i coś jutrzejszy obiad. Zaszaleliśmy, bo w koszyku znalazły się nawet pomidory i ser. W taki warunkach z pewnością nie ulegną przeróbce na pizzę. Wydatek wart zachodu - 17,30 Euro. Zaparkowaliśmy koło dmuchawy, która oferuje ciepłe powietrze. Jest przyjemnie.
130 km. Miasto Mont-de-Marsan. Jesteśmy w McDonald's. Korzystając z wolnego dostępu do Internetu, przesuwamy mapę w nawigacji. Jeszcze tylko zakupy w Lidlu i szukamy noclegu. Pada deszcz.
90 km. Droga prosta jak lot strzały. Kilka przelotnych opadów nie pozwala wyschnąć wypranej odzieży.
78 km. Ponownie spotykamy naszego wielbiciela. Radosne trąbienie słychać już z daleka. Miłośnicy polskiej flagi dadzą o sobie znać jeszcze na 118 i 158 km.
69 km. Droga prowadzi lasami. Mało uczęszczana o dobrej nawierzchni. Licznik szybciej wskazuje ubywające kilometry.
56 km. Villandraut. Koncentracja punktów obronnych świadczy o tym, że zbliżamy się do dawnych granic państwa frankońskiego. Obecność zamków miała zapewnić bezpieczeństwo przed ewentualnymi atakami Arabów od strony Hiszpanii.
Kiedyś okolicy strzegło dzielne w boju rycerstwo. Teraz czynią to gołębie. Zamknięta na kłódkę furtka żegna nas smutno. Trochę pokapuje deszcz.
46 km. Moyet. Przed nami pozostałości warowni.
30 km. Nie wiem, co Wy na to, ale mnie zwabił tu zapach świeżego pieczywa, który unosił się już od samego wjazdu do miasteczka. W sklepie daliśmy sobie jakoś radę, pokazując na konkretną bagietkę i dorzucając słowo pologne. Pani pokiwała głową ze zrozumieniem i skasowała 1,28 Euro.
23 km. Wywieszam pranie, które wozimy już drugi dzień. Nie ma nocnego słońca, ale przynajmniej nie pada. Może wiatr trochę je osuszy.
20 km. Jadący z naprzeciwka kierowca pozdrawia nas energicznym klaksonem.
12 km. Teren pagórkowaty z domieszką lekkiego słońca. Jest jeszcze coś o czym nie pisałem. We Francji każde skrzyżowanie oznakowane jest takimi właśnie wysokimi słupkami. Co się zaś tyczy oznaczeń kilometrów, to zniknęły one zupełnie. Winogrona jeszcze niedojrzałe.
Dzień 21 (1 lipca 2017, sobota). Spało się nadzwyczaj dobrze. Nie padał deszcz, ani nie hulał wiatr. Nawet tropik nie jest nasiąknięty wodą. Niebo nadal pochmurne. Na dziś przewidziałem 130 km jest zatem kawałek drogi. Ja już ruszam, Wy możecie dołączyć później.

30 June 2017

Koniec trasy. Zadowolcie się zdjęciem z wnętrza namiotu, bo za żadne skarby świata nie wyjdę już z niego. Pogoda jest wykańczająca. Silny wiatr i tony lejącej się wody. Skarpetki i buty chlupoczą. Co gorsza jutro wskakujemy w nie znowu. A nie ma być lepiej jeśli chodzi o klimacik pogodowy, oj nie. Pojechaliśmy dalej niż było w planie. Skoro i tak jest się mokrym, to lepiej jechać i utrzymywać ciepłotę ciała. Niestety nie udało mi się znaleźć wymarzonego miejsca. https://maps.google.com/maps?q=44.8345283+-0.1682117 Niedaleko płynie rzeka Dore, ale nad jej brzegami jest zbyt wiele wilgoci. Tutaj przynajmniej, w małym lasku obok pola kukurydzy, jesteśmy chronieni od wiatru. Oczywiście zaserwowałem sobie dzień harcerza, więc wymyłem się na sucho. Tej prawdziwej wody mam już przesyt. 139,44 km; 08:22:02; 16,66 km/h - to dzisiejsze dane podróży. Z mojej strony to już wszystko. Nie ma dużo zdjęć, bo chroniłem aparat od deszczu. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. 😋
125 km. Krajobraz zmienia tonację.
123 km. Winogronowe plantacje.
91 km. Wczoraj wiatr, a dzisiaj deszcz gra pierwsze skrzypce, nie zostawiając na nas żadnej suchej nitki. Przerwy muszą zatem być krótsze, aby nie wychładzać ciała.
Na każdym niemalże pomniku znajdują się małe epitafia mówiące i tym, kim był zmarły (a). Jest to coś bardzo osobistego, a zarazem pięknego. Tutaj widzimy, że pani kochała ogród i pracę z kwiatami.
56 km. Odpoczynek przypadł koło przydrożnego cmentarza. Warto zobaczyć tutejsza nekropolię.
35 km. Pewien program dokumentalny mówił o tym, że Eskimosi posiadają ponad trzydzieści słów na rozróżnienie rodzaju śniegu. Fenomenalne! Tutejszy deszcz można określić tylko na jeden sposób - wciąż ustawicznie kapiący. Słonecznikowe pole po prawej.
Dzień 20 (30 czerwca 2017, piątek). Jeszcze nie wyjechaliśmy. Śniadanie spożywamy w namiocie, bo to, co dzieje się na zewnątrz nie jest warte opisu. Padało całą noc. Teraz też siąpi. Słońca nie widać. Jest ciemno, dlatego spałem aż do 6:00. Podobno im dalej na południe tym jest ciepłej i słoneczniej. Ten rejon jest chyba jakąś anomalią, bo jest dokładnie odwrotnie.

29 June 2017

Korzystając z okazji chciałbym pozdrowić "wujka" Emana i jego dwuosobową załogę, z najlepszego serwisu rowerowego, jakiego znam. Może nie wiecie, ale on - tam po drugiej stronie Internetu - czuwa nad bezpieczeństwem naszej jazdy pod względem działania sprzętu. Sprawność i niezawodność roweru wypisane ma w swojej rzetelności i pracowitości, z którą tak chętnie dzieli się ze swoimi pomocnikami. Ci zaś nie odbiegają fachowością i uczciwością od swojego starszego kolegi. Dziękuję również wszystkim dzisiaj obecnym na trasie. Wasze aktywności potrafią świetnie umilić dzień.
Na dziś koniec podroży. Nie było za dużo kilometrów, ale te 123,09 też można uznać za zaliczone. Jechało się ciężko, pod wiatr, z nadzwyczaj częstymi przelotnymi opadami, w czasie 07:51:41, co daje niziutką średnią 15,65 km/h. Rozbiliśmy obóz nad czystą rzeczką. Pranie zrobione. Niestety nie jesteśmy jeszcze czyści, gdyż ponowny - może dwudziesty trzeci - przelotny opad uwięził nas w namiocie. https://maps.google.com/maps?q=45.762665+0.110765 Na jutro mamy symulowane 100 km, ale jeśli wesprze pogoda wraz z Waszymi modlitwami i zachętami, to przyciśniemy więcej, aby zrobić rezerwę kilometrażową.
104 km. Francuskie klimaty. Zazwyczaj na mostkach są doniczki z kwiatami, albo udekorowane zielenią latarnie.
98 km. Przerwa obiadowa. Dziś szef kuchni poleca parówkę w kukurydzy, albo kukurydza z parówką. Zanim jednak przyniesie danie, zajrzymy do otwartego kościoła.
95 km. I te miejsca pamięci tak pieczołowicie zadbane.
89 km. Jakże urokliwa jest Francja, mimo że deszcz moczy nas jedenasty raz, a z nosa lecą długie gile.
88 km. Jesteśmy na dobrym szlaku.
84 km. Opowiem Wam pewną historię o chłopcu, który jak tylko pamiętam, uwielbiał bawić się autobusem-zabawką. Z samego rana, jak tylko otworzył oczy, pędził po swojego ulubionego Jelcza i jeździł nim po całym mieszkaniu. Mieszkanie nie było za duże, ale droga jego tak. Wymyślone przystanki znajdowały się w różnych miejscach - a to przy schowku z butami, a to pod pawlaczem, czy przy fotelu. Chłopiec ten tak bardzo kochał swój autobus, że pielęgnował go sowicie - czyścił i odkurzał niemalże codziennie. Oczywiście chłopiec wyrósł z dzieciństwa, ale autobus pozostał, zajmując swoje należne miejsce na półce z pamiątkami. Myśl, aby prowadzić prawdziwy pojazd, pozostała i trwała w moim bracie przez wiele długich lat. Powiem Wam w sekrecie, że dziś się wreszcie ziściła, ponieważ zdał stosowne egzaminy i może wreszcie zasiać za sterami Jelcza (na przykład) i wozić nim pasażerów. Moje gratulacje Drogi Bracie. Jesteś żywym dowodem, że o marzenia warto dbać. 🚌
66 km. Dobrodziejstwo Internetu jest powodem do radości. Dzięki niemu odnajdujemy Lidla. Napełniamy przednie sakwy żywnością za 15 Euro. Tak dociążony rower będzie prowadzić się jeszcze trudniej.
54 km. Odnosi się wrażenie, że droga wciąż pnie się w górę.
50 km. Przestało padać. Wyszukuję sklepu. Kończy się prowiant i woda. Jest bardzo wiecznie.
39 km. Sznurek od tropiku wplątuje się w kasetkę i blokuje napęd, przy okazji wykrzywiając błotnik. Zjeżdżam na pobocze. Naprawiam awarię. Deszcz z zaciekawieniem przygląda się robocie.
Dzień 19 (29 czerwca 2017, czwartek). Walący o namiot deszcz kilkakrotnie budził w nocy. Wilgoć zadomowiła się na dobre. Dobrą wiadomością jest to, że wstajemy o 5:30. Nie ma sensu pakować się w ciemnościach, które choć że jesteśmy we Francji, nazywają się egipskimi. Dziś według meteorologa czeka nas bardzo ciężki dzień. Wiatr zrobi wszystko, abyśmy pobyli tu jak najdłużej. W drogę.

28 June 2017

Dojechaliśmy do tego miejsca. Wcześniejsze jeziorko okazało się ogrodzone, a do rzeczki trzeba było pchać rower przez chaszcze. Znacie zatem historię wody z butelki. Powtórzyłem ją właśnie. Dzień był bardzo wyczerpujący. Rano ciemność, przedpołudnie przelotne opady, o drugą połowa dnia to silny wiatr. Pokonaliśmy 141,92 km, w czasie 08:20:10, zachowując średnią 17,02 km/h. Jutro zmienię chyba trochę trasę, bo musimy być blisko miasta. Trzeba zrobić zakupy. Dziś nic nie wydaliśmy. Tutejsze miejsce przypadło mi do gustu, lecz pozbawione jest dobrego zasięgu telefonii. https://maps.google.com/maps?q=46.6275667+0.4735733 Dziękuję za Waszą obecność na życzę dobrego wieczora. Znów pada deszcz.
120 km. Zatrzymujemy się w przydrożnym McDonald's. Dostępność Wi-Fi pozwala na przesunięcie mapy w nawigacji aż po samą granicę z Hiszpanią. Roweru pilnuje pani-pracownik, która siedzi obok z małymi dziećmi. Dzieci akurat coś rysują i nawijają po francusku. Aktualizacja przebiega bardzo szybko, więc można ruszać w dalszą drogę. Wiatr przybiera na sile. Trzeba zwinąć flagę.
107 km. Tak jak informował nas dzisiaj rano główny meteorolog, wiatr porywach osiąga prędkość 40 km/h, co równe jest większemu nakładowi sił. Postanowiłem zatem się posilić. Obiad nazywa się gratin dauphinois i są to ziemniaczki w sosie śmietanowo-czosnkowym.
98 km. Dewiacja to objazd. Kto by pomyślał? 😁
82 km. Skoro pojawiło się słońce, trzeba przesuszyć to, co się da. I to jak najrychlej.
73 km. Przemierzamy galijską ziemię. Jesteśmy w rzymskiej prowincji Aquitania.
71 km. Chwila wytchnienia od deszczu. To, co widzicie na wprost w formę czerwonej baryłki, to prawdopodobnie hydrant.
59 km. Deszcz pada od ośmiu kilometrów. Wieje też wiatr, ten którego nie lubimy. Na szczęście nie jest tak pewny siebie. Zatrzymujemy się na przystanku. Pora na drugie śniadanie.
51 km. To, co Francja potrafi z całą stanowczością, to witać podróżującego swoją delikatną subtelnością. Z posesji wychodzi starsza pani, która widząc nasz rower, życzy: - Dobrej podróży. - Dziękuję - odpowiadam - i ruszamy dalej.
38 km. Na ulicy pojawia się 11-letnia rowerzystka. Jej agresywny styl jazdy przypomina kierowcę rajdowego spieszącego do toalety, a niejedną matkę doprowadziłaby do palpitacji serca. Dziewczynka zmienia pasy jezdni z gracją kozicy. Pędzi 25 km/h, tak więc ledwo dotrzymuję jej tempa. Na każdym skrzyżowaniu przy zmianie świateł, potrafi uzyskać niewyobrażalne wręcz przyspieszenie. Przypuszczam, że pędzi do szkoły i jest już spóźniona. Plecak kołysze się jej na plecach.
35 km. Jakby nie patrzeć, jedno jest pewne, że francuskie katedry to prawdziwe arcydzieła same w sobie.
35 km. Jesteśmy w mieście Tours, spowitym pochmurnością dnia.
Dzień 18 (28 czerwca 2017, środa). Lało w nocy przez trzy godziny. Wszystko dookoła paruje wodą i ciemnością. Na tych wysokościach geograficznych Słońce podnosi się później niż u nas. Dodatkowo chmury robią swoje. Z włączoną rowerową latarką (nie raz trzymając ją w zębach) pakowałem dobytek. Jeszcze kropi deszczem. Dzień zapowiada się ciężki. Oby Wasz takowy nie był. Jedziemy.

27 June 2017

Podsumowanie dnia. Dystans 150,02 km, a to znaczy, że wczoraj spaliśmy dalej względem planowanego miejsca. Czas 08:22:13, średnia 17,92 km/h, a zatem wspaniała. Samopoczucie: rewelacyjne. Zmęczenie mięśni: zerowe. Nastawienie do dalszej podróży: motywowane. Ten ostatni punkt to Wasza zasługa. Wspieracie mnie wzorowo. Jutro pojeździmy wzdłuż rzeki Vienne (tak mam zapisane w kajeciku). Chwytamy się 140 km. Oszczędzanie energii to najwyższy priorytet. Prądnica dostarcza jej zarówno nawigacji, jak i telefonowi. Tylko, że ten drugi to prawdziwy krwiopijca. Kłaniam się nisko. Życzę spokojnej nocy. A przy jeziorze buszują chyba wydry. Po odgłosach dedukuję, bo w przypadku wpadającego do wody wędkarza, oprócz plusku pojawiłyby się i przekleństwa. 😀 Ps. Tu mnie szukajcie: https://maps.google.com/maps?q=47.5481059+0.8613831
Dojechaliśmy, ale finisz okazał nad wyraz deszczowy. Ciężkie chmurzyska zahaczały o korony drzew. Już z daleka wiedziałem, że nie będzie wesoło i rzeczywiście nie było. Rozkładanie namiotu w takich warunkach to walka z czasem. Chodzi o to, aby jak najwięcej padającej wody pozostało na zewnątrz, a jak najmniej wewnątrz. Przyznam się, że nigdy w takiej sytuacji jeszcze się nie znalazłem, chyba że podczas śmingusa-dyngusa, kiedy to mnie oblewano, a ja innych. Oczywiście sakwy pozostały w przedsionku. Jedynie buty wziąłem do środka. Niech urozmaicą wnętrze swoich kwaśno-słodkim zapachem. W takich warunkach sensowne staje się jeszcze pytanie: Czy warto się myć, bo przecież i tak jesteśmy już mokrzy? Uważam, że to kwestia gustu. Stwierdziłem, że jeśli już wszystko jest tak namoknięte wodą, to dodam jeszcze płynu i zrobię pranie rzeczy, które dziś miałeś na sobie. Potem wezmę mydło i się wykąpię. Teraz siedzę w namiocie bardzo zadowolony.
126 km. Mimo znów padającego deszczu i wjazdu na szczyt, warto chwilę poświęcić majestatycznym ruinom.
120 km. Właśnie zapaliła się kontrolka mówiąca o braku H2O, a tu jak na zawołanie wyłania się Lidl. Wydałem tylko 4 Euro na wodę i jutrzejszy obiad. No dobra, jeszcze wziąłem ciasteczka, bo jakoś tak ładnie były wyłożone.
Burza zatrzymuje nas na jakiś kwadrans. Kiedy łaskawie się oddala z pomrukami nabumuszonego niedźwiedzia, my również ruszamy w drogę mimo deszczu. Wychodzę bowiem z założenia, że sakwy też potrzebują prania. 118 km. Deszcz minął, a jego miejsce zajął polski akcent.
110 km. Nie zajedziemy zbyt daleko, ponieważ to co wisiało od rana w powietrzu, postanowiło się rozładować. Dobrze, że we Francji stodoły są niezamykane i znajdują się tuż przy szosie. Szkoda tylko, że w pobliżu nie mam dostępu do rynny. Tyle świeżej wody się marnuje.
104 km. Czas na obiad. Zjadamy ravioli pur bœuf, czyli pierożki nadziewane wołowiną w sosie pomidorowym.
93 km. Tu się wszyscy ukryli; przynajmniej szkolne dzieci.
Zegar wybija 13:30. Wieś jakby wymarła. Minimarket zamknięty, jakiś człowiek siedzi przed barem. Ludzi nigdzie nie widać.
92 km. Przejeżdżamy przez kolejną wieś. Otwarte drzwi kościoła zachęcają do wejścia. Jaskółki zadomowione na wieży kościelnej jazgoczą w niebo głosy. We wnętrzu unosi się zapach starego, polakierowanego drewna.
84 km. Robi się duszno, chmury gęstnieją. Ale do rzeczy. Wiecie co to za dom? Bardzo ładny zresztą; z ogródkiem. Kojarzycie już? Tak, tu mieszka 2000 kilometr wyprawy.
82 km. Miejsce upamiętniające miejsce skoku i założenia obozu przez żołnierzy alianckich, 13 sierpnia 1944 roku.
75 km. Montigny-leGannelon. Okazały dworek wznosi się na wzgórzu. Mijając go, na małym mostku, wyprzedza nas istny relikt przyszłości. Rozklekotany citroen, pamiętający jeszcze czasy moich narodzin, przewozi dwóch panów i jakieś skrzynki. Rahityczny klakson świadczy o pozdrowieniu, a panowie wesoło machają.
67 km. Tuż na głową, na bardzo niskim pułapie, przelatuje myśliwiec wojskowy. Myślę sobie - Szkoda, że nie zdążyłem zareagować ze zdjęciem - Podążając jednak dedukcją grzybiarza, że warto poszukać w pobliżu i drugiego podgrzybka, zatrzymuję rower. I słusznie uczyniliśmy, bo ten pierwszy samolot był tylko szpicą. Cała reszta miała dopiero nadlecieć, grupami w pewnych odstępach czasu. W sumie około 60 samolotów. Rumor był wielki, ale efekt niezapomniany.
51 km. Dawne ziemie Cesarstwa Rzymskiego. Jak okiem sięgnąć wszędzie widać galijską prowincję.
25 km. Deszcz przestał padać. Jest ciepło, aczkolwiek wilgotno. Jedzie się w całkowitej ciszy z dala od wszelkich odgłosów cywilizacji. Gdzieś tam, pośród tych pól i łąk, minął autobus szkolny, spieszący z dowozem uczniów do szkoły. Jakże to podobne do naszej Złejwsi. Udajemy się na Magny.
Dzień 17 (27 czerwca 2017, wtorek). Zaspałem. Była 5:36 jak się poderwałem. Mimo to godzinę zajęło mi na spakowanie rzeczy i zjedzenie śniadania. U mnie pada. Niebo przyciemnione. Przed nami dziś długa droga. Może 150 km. Miłego dnia.

26 June 2017

Od jutra zaczyna się druga faza podróży. Koniec z nadkładaniem drogi na zachód. Czas zabrać się za południe. Teraz ono jest priorytetem. Muszę oszczędzać energię, gdyż solary pewnie nabrały wilgoci i nie wykorzystują energii świetlnej jak powinny. Zbliża się burza, bo słychać jej pomruki. Kończę zatem z wielkim ukłonem w Waszą stronę, zgodnie z etykietą Ludwika XV. Dziękuję Wam bardzo za wszystko! Pa! Już pada... do jutra.
Uff, ale się dzisiaj działo. Tempo piorunujące, ale pełne emocji. Mapa w nawigacji przesunięta, zakupy zrobione i co najważniejsze zobaczyliśmy najpiękniejsza stolicę Europy (według Francuzów). Pogoda dopisała, wiatr również, ponieważ nie skąpił wsparcia. Dzięki niemu przejechaliśmy równiuteńkie 143,00 km w czasie 08:43:01, przy średniej 16,40 km/h. Rozbiłem się w miejscu innym niż planowanym. Szczerze mówiąc nie wiem, czy jestem bliżej, czy już dalej od tego, które wyszukiwałem siedząc w domu. Ale podoba mi się tu, mimo bliskości trakcji kolejowej i lotniska. https://maps.google.com/maps?q=48.4835933+1.505185 Rozbijając obóz, natrafiłem na spacerującego tubylca, który zagadał po francusku. Tak, jak mnie uczyliście, odpowiedziałem mu po niemiecku. Widocznie był to Niemiec, bo bardzo się ucieszył słysząc ten język. Potem było tak jak się spodziewacie. Pogawędka o podróży, celu, wysiłku i rowerze. Pan był bardzo miły i życzył szczęśliwej drogi.
118 km. Skrzyżowanie w miasteczku. Stoimy tak jak wszyscy w rzędzie, czekając na zmianę sygnalizacji. Nagle - niewiadomo, czy z okna kamienicy, czy ze strony chodnika - dobiega za nami pełen euforii głos dziecka: "Viva Polone".
...dla starszych.
117 km. Êpernon. Coś dla młodszych i...
88 km. Wreszcie jest! Rzadko spotykana, ale wypatrzona. Rejestracja samochodowa CT. Tylko kształt pierwszej litery nie jest półokrągły, lecz bardziej łamany. A szkoda, że to nie nasi.
80 km. Zajeżdżamy do Carrefour'a. Jest dużo promocji, więc ładujemy słodycze na co najmniej cztery dni, woda to produkt codzienny, no i jeszcze marchew. Ta jest dzisiaj na obiad. Puszkę z czymś tam zjemy jutro. Obrazek mówił, że to nie są płazy. Jeśli więc będziemy gospodarni, to jutro kupimy tylko wodę. Cena za tą przyjemność to 12,8 Euro. Dobrze się siedzi, ale lepiej w siodle. Kręcimy dzisiaj do późna, więc się nie ociągać.
76 km. Zbliżamy się do Châteaufort.
70 km. Opuszczamy Paryż, żeby natknąć na konstrukcję akweduktu.
Widokówka z Paryża.
54 km. Trochę nowoczesności.
To jest to, o czym wcześniej mówiłem. 😊
52 km. Najpiękniejsza kobieta Francji. Ale i tak daleko jej do najpiękniejszej kobiety świata, czyli do mojej żony. 😋
52 km. Z tego, jakże rozpoznawalnego miejsca Paryża, przesyłam Wam jak najserdeczniejsze pozdrowienia. Wam wszystkim moim mili: rodzinie, znajomym, kolegom, sąsiadom i uczniom. Całej gminie Zławieś Wielka składam oto swój mały podarunek. Trzecia stolicę tej wyprawy uważam za zdobytą. 🇫🇷
52 km. Takie majstersztyki tutaj mają.
51 km. Ulicami miasta. Jakiś autokar - oby nie z Wielkiej Brytanii - z napisem "Trafalgar" prezentuje swoje wdzięki. Przecież taki napis we Francji i to jeszcze w jej sercu, to jak czerwona płachta na byka.
I jeszcze jedno spojrzenie na Pola Elizejskie zanim nie odwiedziny miejsca najbardziej wyczekanego przez nas wszystkich.
50 km. Łuk tryumfalny.
O radości iskro bogów, kwiecie elizejskich pól. Pola Elizejskie. Lawiruje się raz jezdnią, raz chodnikiem. Tłum gęstnieje.
Jakiś pan porządkowy prosi, abym zszedł z roweru. Jak tylko obróci głowę, aby pouczyć następnego mi podobnego, a ja zniknę za trzema drzewami, znów wsiądę na swój pojazd. Nie chcę pchać krążownika przez 300 metrów albo i więcej.
45 km. Luwr na horyzoncie.
Setki, jak nie tysiące ludzi na placu przed katedrą, między którymi chodzą patrole wojska. Najbliżej mnie rozbrzmiewa język hiszpański.
43 km. Katedra Notre Dame.
43 km. Wena dla poetów, natchnienie artystów, bogini Paryża - rzeka Sekwana.
41 km. Plac Bastylii. To właśnie tu, swego czasu znajdowało się słynne więzienie Paryża. Jego zdobycie przez gawiedź mieszczańską dało początek rewolucji w 1789 roku.
40 km. Ale tempo. Głowa chodzi dookoła szyi jak u prawdziwej sowy. Tego nie da objąć w słowa. Berlin w porównaniu z Paryżem to potulne chłopcze. Tutaj trzeba być w ruchu. Ścieżkę rowerową, obetonowaną z dwóch stron, trzeba samemu sobie znaleźć. Raz jest z jednej, raz z drugiej strony jezdni. Sygnalizacja świetlna jest chyba dla podpuchy, bo czerwone światło jest najbardziej lubianym kolorem do jazdy. Też jadę, bo przecież zaraz ktoś mu wjedzie w kuper. A wszystko odbywa się w wielkiej symfonii klaksonów skuterów i aut. Jakiś autobus wjechał za ciasną dla siebie uliczkę i już korek gwarantowany. Ciężarówka rozładowuje towar. Dostawca paczek też się kręci. Z kolei Paryżanie, jakby nigdy nic, siedzą sobie w kafejkach, popijając kawę i racząc się ciasteczkiem. Słońce rozświetla ich zadowolenie.
34 km. Udało się. Jedni sprawę mamy załatwioną. Dzięki uprzejmości pierwszemu napotkanemu hotelowi z otwartym łączem Wi-Fi mamy przesunięta mapę w GPS-ie. Możemy teraz na spokojnie zmierzać na południe.
16 km. Taką to rowerową autostradą mamy teraz możliwość jechać. U nas zadbałoby się jeszcze o ławeczki, bo przecież oczywistą sprawą jest, że rowerzysta potrzebuje co jakiś czas przycupnąć i odpocząć.
Dzień 16 (26 czerwca 2017, poniedziałek). Noc minęła dobrze. Od pobliskiej szosy ekspresowej dobiegał ciągły hałas. Mieszał się z pomrukiem lądujących samolotów. Szczekające psy ujadały często. Z pewnością dlatego, że kręciła się leśna zwierzyna. Słychać było nawet chrumknięcie, które zaraz zniknęło po tym, jak otworzyłem namiot. Skończyła mi się energia w trzech solarach. Muszę ją oszczędzać z power banków. Prądnica ledwo pracuje na rzecz nawigacji. Ruszamy. Mamy dzisiaj dużo do załatwienia.

25 June 2017

Ps. Tutaj śpię: https://maps.google.com/maps?q=48.9517617+2.7829917
A na sam koniec powiem, dlaczego nie wolno zabijać pająków. Otóż tak jak zawsze, po dotarciu do celu, zabieram się za rozbijanie obozu (najpierw sprawdzam śledziem grunt 😀). Stelaż rozkładany jest migiem, do którego podpinam część mieszkalną. Na nią kładę tropik. Potem idą w ruch śledzie. Wbijam je z ochotą. Ta ochota kończy się na ostatnim, bo akurat brakuje tego ostatniego. Od razu pomyślałem o moim ukrytym Feeglu, ale ochłonąłem i przypominam sobie ranek. Wtedy miałem 11 sztuk. Teraz jest 10. Musi zatem gdzieś leżeć zguba. Szukam dookoła namiotu, w namiocie, w torbie. Nic, ani śladu. Przeczesuję trawę. Wzrok skupiam na białym pająku, który zmierza w stronę wejścia do namiotu. - Gdzież to się gramolisz? - pytam jegomościa. Ale zaraz, zaraz. Po czym ty chodzisz? I tak właśnie pająk okazał się bardzo pomocny. Wiedzą o tym wszystkie dzieci, które lubią hodować pająki jako zwierzęta domowe. A najlepiej się je hoduje, kiedy nie sprząta się swojego pokoju. Prawda? 😋 Do jutra!
Trochę kręciłem nosem, gdy szukałem noclegu. Zdecydowałem się jednak na wersję obecną. Wąskie pas lasu oddziela nas od pola. Z drugiej strony wał, kanał i wersja traktu rowerowego. Jest nawet i sarna tylko mocno płochliwa. Strumyk wąski, ale nie leniwy. Jestem czysty. Podsumowanie. Dystans 117,23 km, czas 07:27:50, tempo 15,70 km/h, max prędkość 54,97 km/h. Zbliżamy się do stolicy Francji. Jeśli się uda, zrobimy sobie fotkę pod maleństwem Eiffla. Priorytetem jest jednak konieczność przesunięcia mapy w GPS-ie. W mieście liczę na lepszy zasięg Wi-Fi i życzliwość ludzką. Tak jak zawsze dziękuję za obecność, za każdy mały komentarz czy uśmieszek. Dziękuję również za modlitwy. Te moją rewelacyjny zasięg i trafiają prosto do lub od Adresata. Dzięki Wam jest łatwiej, gdyby ktokolwiek miał wątpliwości i lepiej znosi się trudy podróży.
103 km. Skoro już wiemy, jak wyglądają ludziki sygnalizacyjne w Niemczech, to teraz przyszedł czas na ich francuską wersję. Dostrzegalna jest wyraźna zmiana mody.
101 km. Przejeżdżając przez miasteczko kątem oka dojrzałem czynny sklep. I wspaniałe, bo kończyła mi się woda. Spalam jej zazwyczaj 5-6 l/ 100 km przy takiej pogodzie jak dzisiaj. Oczywiście uzupełniłem zapas. Pomidory i jabłka też wziąłem, bo się stęskniłem za owocami. Wydałem 6,70 Euro. Parking sam się znalazł, na podwórku policji. 😀
Wracając do zagadki. To o co widzieliście na zdjęciu, to słupek kilometrażowy. U nas w Polsce słupki mają czerwone odblaski i stoją co 100 metrów, a co dziesiąty ma wypisana liczbę km. W Niemczech słupki stoją gęściej i są czarne. We Francji rzadko je widziałem, a jeśli już to dopiero po kilometrze. Ale za to jakie są okazały. Istne postumenty. Dodatkowo liczba kilometra podawana jest na jezdni.
101 km. Quincy-Voisins. Jakież typowo francuskie.
95 km. Któż z Was zechce się pofatygować i odpowiedzieć na pytanie: O co oparty jest rower?
87 km. Czas na obiad. W małym lasku na skraju pola rozpoczynamy biesiadę.
82 km. Wyprzedza nas cabriolet i energicznie trąbi. Kierowca i pasażerka machają w geście pozdrowienia. To miłe oznaki wsparcia turysty z Polski.
78 km. Pamięć o Wielkiej Wojnie jest tu wciąż żywa.
67 km. Marna na wyciągnięcie ręki. Jej zielonkawe wody są takiego samego koloru co nasz tropik.Ten ostatni suszy się w przebłysku słońca. I tak sobie siedząc i racząc się ciepłem, podbiegają do mnie dwie ośmio- lub dziewięcioletnie dziewczynki. To co mówią jest proste na początku, bo pardon i mesje już znamy. Potem zaczynają się wyrazy pełne ę i ą. Było nawet coś takiego jak lu. Mówię do nich po angielsku, że nie czaję ich mowy, ale widocznie nie stanowi to dla nich problemu, bo pokazują na rękę, gdzie mam swój zegarek. I znów wszystko staje się proste. Dziewczynki czytają godzinę. Potem, co mówią też rozumiem, bo to mersi i coś ala adje.
64 km. Gdyby trakt wiódł wzdłuż rzeki, nie musielibyśmy lawirować pomiędzy wzniesieniami. Plusem tego jest możliwość podziwiania Marny z wyższej wysokości.
60 km. Pochmurno i duuużo wiatru. Trzeba walczyć z podmuchami. W takich warunkach ćwiczą kolarze. Pełno ich tutaj. Jedni jadą w jedną, a drudzy w przeciwną stronę.
51 km. Korzystając z okazji wchodzimy do tutejszej świątyni i od razu uderza jej ubogie wnętrze. Tu popękany tynk, tam obdrapane ławka. Mimo to czuć w niej ducha minionych wieków.
36 km. Charakterystyczna wieś tego regionu. Wąskie uliczki, domy z kamienia, a przynajmniej podmurówka i jakiś drobny element historii. Po lewej pomniczek.
35 km. Poruszamy się wzdłuż Marny. Jeśli chodzi o sprawę zadbania o szlaki rowerowe, to Francja wypada blado, bynajmniej do tej pory. Przecież można by było stworzyć ładna drogę wzdłuż rzeki, jak to zrobili Niemcy nad Fuldą czy Mozelą. Tutaj nic takiego nie ma. A przecież czy to nie Francja wpadła na pomysł wynalezienia roweru?