Europe · 360 Days · 656 Moments · July 2017

4. wyprawa rowerowa


Today

Dystans: 113,38 km. Czas pracy roweru: 5:12:15. Średnia: 21,78 km/h. Maksymalna: 49,94 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=66.9283308+20.8782225 Trasę musiałem zakończyć przed planowanym terminem. Deszcz miał charakter do znudzenia przelotny. Trzykrotnie chowałem się w samochodzie. Za ostatnim razem odpuściłem, skoro i tak zaczynałem być mokry. Rozbiliśmy się nieopodal drogi, która ma charakter podrzędny. Jestem z tego zadowolony, bo nie jeżdżą tędy żadne campery, przyczepy campingowe i ciężarówki. Jest znacznie ciszej. Rytmicznie i zawzięcie zbliżamy się do Bałtyku, na wysokości miasta Luleå. Chciałbym ponownie ujrzeć znajome morze. Dziękuję Wam za obecność mimo dnia wolnego od pracy. 😁 Ponieważ Internet mam bardzo mizerny, przeczytam Wasze wpisy w późniejszym terminie.
98 km. Łudzę się nadzieją, że burza odpuści i pozwoli jechać dalej.
84 km. Gällivare. Dworzec kolejowy. Od tej chwili poruszamy się wzdłuż torów w kierunku drogi nr 97.
81 km. W oddali budynek, który wygląda bardzo podobnie do spalarni śmieci w Bremerhaven.
59 km.
45 km.
31 km. Przystanek do kolekcji Magdy.
30 km. To się nazywa cysterna.
8 km. Tak się remontuje drogi w Szwecji. Niszczy się całą nawierzchnię, zostawiając tylko tłuczeń. Następnie idzie się do domu. Brawo, panowie drogowcy. Tylko pogratulować bystrości umysłu. Miałem dwie możliwości. Pchać rower przez 2,8 kilometra, czy załadować go na dach samochodu. Wybrałem opcję drugą. Szkoda czasu. Zaoszczędziłem godzinę marszu.
7 km. Na drodze leży sobie całkiem dobrze zachowane zapięcie. Wystarczy kilkadziesiąt godzin cierpliwości, a szyfr nie pozostanie już tajemnicą. Od razu przypomina mi się gra "Neverhood". Pamiętasz Brat nasze zmagania?
Dzień 29. Niedziela. 22.07.2018. Mgła rozlała się niczym mleko. Zastąpić ją mają przelotne opady. Jeśli trasa będzie mieć taki sam charakter jak wczoraj, nie liczcie proszę na dobrą fotorelację. Kapiąca z nieba woda i te same obrazy nie budują chęci dla dobrego journi. Wstaliśmy. Schematyczne czynności i w drogę.

Yesterday

Dystans: 131,33 km. Czas pracy roweru: 6:21:08. Średnia: 20,67 km/h. Maksymalna: 41,42 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=67.6673592+20.9627922 Dzionek zakończony. Mało zdjęć i relacji, bo i trasa ciut monotonna. Bogato było w wiatr i podjazdy. Te dwa czynniki dały mi w kość. Dobrze, że szybko udało się znaleźć miejsce na odpoczynek.
118 km.
103 km. Droga obfituje dziś w tego typu podjazdy i przeciwny wiatr.
91 km. Kiruna.
88 km. Kiruna - miasto bogate w rudę żelaza. Anomalie magnetyczne, jakie tutaj występują, kręcą igłą kompasu jak na karuzeli.
78 km. Renifery pasą się nonszalancko, za nic mając przejeżdżające samochody. Pojazd na przedzie pochodzi z Polski. Pozdrowienie, rzecz jasna, miało miejsce.
57 km. Stacja kolejowa w Rensjön. Peronu nie mają okazałego. Zamiast niego zwykły nasyp z kamieni. Kursują tu przede wszystkim pociągi towarowe, które transportują rudę z Kiruny do Narviku.
43 km.
35 km.
25 km.
21 km.
9 km. Morze chmur.
Dzień 28. Sobota. 21.07.2018. Witam wszystkich. Nocy u nas nie uświadczycie, nadal jasno jak za dnia. Mimo to spało się dobrze. Jakiś komar albo dwa fruwały gdzieś nad głową, lecz przestałem reagować. Popadało. Nie za dużo, ale zawsze. Teraz nadciągnęła mgła. Ruch samochodowy zerowy, z jedynką po przecinku. Dopiero za dwie godziny zacznie jeździć większa grupa aut. Kiedy przejedzie pierwszy motocyklista, oznacza to, że już kwadrans po dziewiątej. 😁 Zagłębiamy się w Szwecję. Planuję przejechać tradycyjnie 130 kilometrów. Zobaczymy, czy się uda. Zapraszam do współpracy na drodze, podróżnicy. 😊

2 days ago

Przed nami ostatni i podejrzewam, że najdłuższy rozdział o nazwie "Sverige". Powolutku wracamy do domu. Sądzę, że ta myśl będzie mnie coraz mocniej motywować, zważywszy na fakt, że w Sztokholmie (4 sierpnia) spotykam się z moją kochaną rodzinką. 😀 Ale się rozpisałem. Dość gadania. Życzę wszystkim dobrej nocy i dziękuję za uwagę. Do jutra. Pa, pa. Ps. Z jednej strony jezioro, z drugiej... sawanna.
Mówiąc ogólnie o Skandynawii, do tej pory poznanej, to kultura kierowców jest na najwyższym poziomie. Pieszy i rower mają tu pierwszeństwo, to zrozumiałe. Chodzi mi raczej o całokształt zachowawczy na całej trasie. Nikt nie pędzi, nie wyprzedza na siłę. Motocykliści nie piłują swoich maszyn. Każdy jedzie spokojnie, bez nerwów. Czuję się tu bardzo bezpieczny i to nie tylko dzięki kamizelce odblaskowej. Po prostu wiem, że kierowcy na mnie mocno zwracają uwagę.
Cóż mogę powiedzieć o Norwegii od siebie? To bardzo surowy i wymagający kraj. Przede wszystkim w cenach. Człowiek na próżno szuka w nich przecinka. Trzy- i czterocyfrowe zestawienia nie przeszkadzają za to Niemcom i Szwajcarom. Nawet w Narviku można porozmawiać po niemiecku. Spotkać można Włochów i Francuzów. Ścieżki rowerowe, to jakieś nieporozumienie - nieliczne i bardzo słabym stanie technicznym. Wbrew pozytywnym artykułom zamieszczonych w Internecie, rowerzyści traktowani są tu jak produkt uboczny. Doskonale to widać na przykładzie tuneli. Nawierzchnie dróg to także wielki minus. Powybijane, poszarpane, zapadnięte, często bez najmniejszego pobocza. Od razu widać, że kraj ten nie należy do Unii Europejskiej. Jak tylko wjechaem do Szwecji rower uspokoił swój temperament. Miło wspominam gładkość asfaltu w Finlandii.
Moi drodzy, mam zaszczyt ogłosić wszem i wobec, że rozdział "Norge" został przez Was zapisany, skorygowany i oczywiście zamknięty. Spędziliśmy w nim 909,71 kilometrów oraz zobaczyliśmy przepiękne fiordy i góry. Norwegia była znacznie bardziej wymagająca niż Finlandia. Nie tylko pod względem ukształtowania terenu, ale także dotarcia do strategicznych miejsc tej wyprawy. Cieszę się, że udało mi zdobyć - dzięki Waszemu wielkiemu zaangażowaniu - Nordkapp oraz dojechać do Narviku, gdzie polski żołnierz walczył o wolność innych narodów.
Koniec na dziś. Nadciąga deszcz od strony Narviku. Burza rozładowuje się na jeziorze. Pioruny raz po raz uderzają w taflę wody. Na nas nie spada jednak ani jedna kropla. Dystans: 107,57 km. Czas pracy roweru: 5:15:13. Średnia: 20,47 km/h. Maksymalna: 60,30 km/h. 🎢 REKORD Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=68.346179+18.9473843
100 km. Lokomotywy nie różnią się zbytnio od naszych. Z wagonów wysypują się turyści, których liczne grupy przemierzają górskie szlaki.
97 km. Jezioro Torneträsk.
83 km.
74 km. Sverige.
64 km. Witajcie w Szwecji.
62 km. Historii ciąg dalszy.
60 km. Czyżby Norwegowie wstydzili się swojego flagowego krzyża?
55 km. Ponury krajobraz.
53 km.
46 km. Ziemia smutna, zamglona.
38 km. Pożegnanie z norweskimi fiordami.
Wróciliśmy do skrzyżowania. Przez ostatnie dwadzieścia kilometrów rower spędził na dachu samochodu. Przede mną długi i stromy podjazd. Wrzucę coś na ząb, żeby mieć siły. Będziemy przemierzać szlak króla Olafa; tak bynajmniej zrozumiałem po norwesku. Do granicy ze Szwecją już niedaleko - 27 kilometrów.
36 km. To chyba taki zwyczaj, że w sklepie sportowym mieści się także serwis rowerowy. Fachowcy od razu zabrali się za swoją pracę. Mimo to trzeba było odczekać swoje. Nie zgadniecie ceny, jaką przyszło mi zapłacić? W porównaniu z Altą, to miła niespodzianka - 150 koron. Rower odżył. Hurra!
33 km. Maly skwer i pomnik ku czci marynarzy polskich poległych na pokładzie zatopionego w dniu 4 maja 1940 roku niszczyciela ORP GROM. Tata złożył tu flagę. Mówi, że jako były marynarz czuje łącząca go więź z poległymi.
29 km. Narvik.
27 km. Gdy budowa tego mostu zostanie ukończona, nie będzie już potrzeby objeżdżania zatoki dookoła.
17 km.
12 km. Skrzyżowanie w kierunku Szwecji. Dziś jeszcze tu wrócimy.
8 km. Zakazu nie widać, zatem wjeżdżam.
Dzień 27. Piątek. 20.07.2018. Wczorajsze, przedwczesne zakończenie wysiłku sprawiło, że dziś z wielkim oporem podnoszę się ze śpiwora. Dopadł mnie leń, którego będę musiał się pozbyć jak najszybciej. Śniadanie, ubiór, przygotowanie roweru i dotarcie do miasta. Potem rower prawdopodobnie znajdzie się na dachu samochodu, gdyż powielamy drogę na odcinku conajmniej piętnastu kilometrów. Podczas tej wyprawy nie kursuję jak autobus PKS w tę i w nazad, dlatego chętnie przystanę na propozycję taty, aby ten odcinek przejechać tylko raz. Do dotarciu do skrzyżowania, któremu zrobię zdjęcie, poruszam się dalej na dwóch kołach. Będzie pod górę. Muszę przeskoczyć grzbiet wzniesień do granicy ze Szwecją. To jest mój drugi, dzisiejszy cel.
Dobra, koniec pisania. Trzeba rozprostować kości. Miłego dnia.

3 days ago

Za nami pierwsza faza deszczu. Siedzimy w samochodzie i planujemy. Trasa na jutro jest prosta - dotrzeć do Narviku, a później do granicy ze Szwecją. W Norwegii powinniśmy pobyć jeszcze maksymalnie 80 kilometrów. Będzie też okazja po raz ostatni spojrzeć na fiord. Oby tylko dopisała pogoda. Poczytam jeszcze trochę i wcześniej pójdę spać. Dziś mało czasu poświęciłem na sen. Za to znaczną jego część spędziłem na podjazdach. 😊 Aha, nadciągnęła już burza. Teraz grzmi nie tylko na zewnątrz, ale i wenatrz. Pan Mieczysław chrapie w tarabany.
Koniec na dziś. Na horyzoncie złowieszczy granat, którego bez zająknięcia przewidział nasz pilot meteorologiczny - Kamil. Dziękuję za pomoc. Dystans: 80,14 km. Czas pracy roweru: 4:11:50. Średnia: 19,09 km/h. Maksymalna: 55,80 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=68.5305867+17.56918
78 km. Dotarliśmy do skrzyżowania, gdzie jedno rozwidlenie prowadzi na słynny archipelag Lofoty. Podobno znajdują się tam najstarsze skały świata. Nie zamierzsm tego sprawdzać, dlatego wybieram drogę na Narvik. Przy drodze prezentuje się ta oto budowa.
71 km. Panorama widziana podczas zjazdu.
70 km.
67 km. Kolejny punkt historyczny.
65 km. Ślimaczym tempem wjeżdżam na szczyt przełęczy. Wyprzedza mnie sznur samochodów. Wśród nich jeden z mazowieckiego. Zostaję pozdrowiony.
52 km. Na tablicy informacyjnej można znaleźć notkę o walczących Polakach o wolność Norwegii.
43 km.
26 km. Oznaczenie terenu wojskowego.
21 km.
19 km.
3 km.
Dzień 26. Czwartek. 19.07.2018. Cześć, nie zrobimy dziś normy dziennej z powodu deszczu. Postaram się jednak jak najbardziej zbliżyć do Narvika. Mnie więcej za godzinę start.

4 days ago

Do Narviku jest jeszcze 110 km. Teoretycznie powinien zajechać tam popołudniem. W mieście muszę wstąpić do serwisu , ale przede wszystkim odwiedzić miejsce pamięci polskiego żołnierza, który walczył w korpusie alianckim przeciwko Niemcom w roku 1940. Nocować powinniśmy już za miastem. Druga wersja jest inna. Według najnowszych danych od Kamila zderzymy się z deszczem koło południa. Nie będzie on przelotnym opadem, ale konkretną ulewą, która ma trwać do samiutkiego wieczora.😕 Zbliżymy się zatem do frontu, na ile się da i tym samym zakończymy jutrzejszy dystans. Nie ma sensu na mokrego zwiedzać miasto. Jak na razie dysponujemy nadwyżką czasową. Prom trochę pomógł, skracając dystans. Ps. Jeszcze jedno. Jeśli ktoś z Was chciałby oglądać zdjęcia z tej wyprawy inne niż moje, to zapraszam na journi Pana Mieczysława. Dajcie mu proszę trochę polubień i komentarzy, a gwarantuję, że bardzo się ucieszy. Z góry Wam za to dziękuję.
Dystans: 136,96 km. Czas pracy roweru: 6:22:37. Średnia: 21,47 km/h. Maksymalna: 54,85 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=69.00852+18.5000383 Szanowna publiczności, z powyższego miejsca przesyłam Wam swoje podziękowania i pozdrowienia. Ogromnie przyjemnie jest wiedzieć, że jesteście tam, po drugiej stronie Internetu. Jedzie się wtedy raźniej, a dziś nawet szybciej. Miejsce campingowe mamy niezbyt może przyjemne, jednakże z bieżącą wodą, ponieważ nieopodal samochodu bije źródło.
136 km. Na szczęście rower i ja spełniamy wymogi ograniczone znakami. Kładki mostowe w Norwegii są kratownicami. Spod nich widać to, co jest na dole. W tym przypadku potok.
93 km.
89 km. Jest bardzo ciepło. Celsjusz rozgrzał atmosferę do dwudziestu ośmiu stopni.
88 km. Przepraszam, że się nie odzywam. Skupiam się na pokonywaniu wzniesień oraz na ruchu samochodowym.
68 km.
60 km.
58 km.
29 km.
18 km. Bez komentarza.
16 km.
7 km.
Jesteśmy po drugiej stronie zatoki. Czas rozpocząć dzisiejszą podroż.
Na promie.
Cena za przeprawę to 163 korony za dwie osoby, samochód i rower. Patrząc na to z perspektywy szprychy i złego centrowania koła, to nie jest drogo. Jak tylko się zaokrętowaliśmy, cała masa podróżnych udała się od razu na górny pokład do bufetu na poranny posiłek.
Dzień 25. Środa. 18.07.2018. 6 km. Jeszcze wczoraj wieczorem doszliśmy do wniosku, że czas wzbogacić przygodę o nową atrakcję. Dziś niestety na nią zaspaliśmy. Jesteśmy teraz w Olderdalen. O 8:20 mamy prom (to ta wspomniana atrakcja) do Lynkseidet. Skrócimy sobie dystans i wysiłek. Śniadanie zjedliśmy na przystani.

5 days ago

Jutro jedziemy dalej. Finlandia bogata jest w lasy i jeziora, Norwegia zaś w góry i fiordy. Mam nadzieję, że nimi Was nie zanudzam. Jeśli wszystko się uda, w piątek wjedziemy do Narviku, ale to jeszcze szmat czasu i drogi. Dziękuję za aktywność na blogu i zapraszam na następne dwa tysiące kilometrów. Ps. Będziemy mieć sąsiadów. Właśnie zajechał samochód z dwójką podróżnych. Będą nocować jakieś sto metrów od nas. Nie będziemy sobie przeszkadzać.
Taras widokowy gratis. Dzień zakończony. Zakończony sukcesem. Nie dość, że znaleźliśmy świetne miejsce campingowe, to nie występują tu komary. Liczymy przeto na dobry sen. Na obiad skonsumowaliśmy żołnierski prowiant: taco pastę z kaszą, a na deser mus jabłkowy z ryżem. Orzeszki i krakersy zjedzone były już wcześniej. Obecnie zajadam się waflami tj. chrupkim, żytnim pieczywem. Tata wypije sobie kawę.
Dystans: 132,69 km. Czas pracy roweru: 6:41:01. Średnia: 19,85 km/h. Maksymalna: 56,38 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=69.6452765+20.4657203
114 km.
106 km.
102 km.
99 km. Widzicie ten domek na skraju cypla?
98 km. Na znakach drogowych widnieje, niestosowane już w Polsce, oznakowanie godziny.
96 km. Samochody tunelem, rowery dookoła góry.
91 km. Storslett.
75 km. Do kolekcji Magdy.
71 km.
59 km.
54 km.
53 km. Skoro stoi tu autokar z Niemiec, to jesteśmy na szczycie.
50 km. Jeszcze nie czas na wytchnienie.
47 km. Pniemy się coraz wyżej.
46 km.
44 km.
42 km. Hodowle łososia. W głębi most spinający brzegi zatoki.
32 km.
29 km. Za to zjazdy odbywają się w okamgnieniu, kiedy rower mknie z prędkością 50 km/h.
25 km. Przeskoki między fiordami należą to wymagających odcinków trasy. Przed chwilą zakończyłem długi podjazd. Much wokół mnie roje.
22 km. Przy tym górskim potoku pozostawimy za sobą trzy tysiące przejechanych kilometrów.
21 km. Dzikiej zwierzyny tu dostatek.
13 km. Poruszamy się wzdłuż następnego fiordu.
6 km.
Dzień 24. Wtorek. 17.07.2018. Obudziliśmy się. Za moment śniadanie. W samochodzie jest sporo wilgoci powstałej na skutek naszych oddechów. Samochód nie ma wentylacji, bo ogrom komarów jest w tych regionach nie do pohamowania. Chcieliśmy kupić gazę w aptece w Alcie, ale raz, że nie posiadali dużych rozmiarów, dwa, że cena za te, które mieli na stanie, była astronomiczna. Mam wrażenie, że nasza złotówka w zestawieniu z norweską koroną, to jak miedziany grosz, do złotego denera. Dysproporcja jest przeogromna. Baton czekoladowy, którego u nas dostaniecie za niecałe 2 zł, tu kosztuje PIĘĆ razy więcej. Staramy się nie wydawać nic z naszego trzosa. Jedynie co, to na paliwo (8 zł za litr).

6 days ago

Trzecia przyczyna, ujawniła dopiero się dziś. Będzie ona rzutować na ogólny kilometraż w Norwegii. Sprawa dotyczy tuneli. Nie wiem, jakim powodem panowie drogowcy się kierowali, ale przez niektóre tunele rower może jeździć, a przez niektóre nie, mimo że wszystkie zbudowane są według tego samego projektu. Fakt faktem, że robię teraz dodatkowe kilometry jeżdżąc sobie gdzieś dookoła. Jutro zamierzam rozmienić trzy stówki, aby tym jeszcze bardziej przybliżyć się do Narviku. Pogoda będzie rewelacyjna. Wasza obecność również. Ps. Komary atakują. Zmykam do samochodu. Wyszedłem na chwilę na zewnątrz, żeby wysłać ten wpis. Pozdrawiam.
Dystans: 134,49 km. Czas pracy roweru: 6:48:32. Średnia: 19,75 km/h. Maksymalna: 53,20 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=70.0381217+22.238105 Czas na krótkie podsumowanie, mimo że zasięg w miejscu biwakowania, jest bardzo mizerny. Wiem, że niektórzy mogą mi suszyć głowę, że przejechałem dalej niż było planowane, ale uczyniłem to z dwóch, a właściwie trzech powodów. Pierwszy podyktowany był ukształtowaniem terenu. Z jednej strony góry, z drugiej ocean. Miejsce na nocleg praktycznie zerowe. Drugi powód podlegał bezpośrednio psychice. Muszę Wam powiedzieć, że 130 lepiej prezentuje się na liczniku niż takie 120 czy 110. 😁 Nogi weszły w trans, a mózg nie miał nic przeciwko temu, dlatego zajechało się troszkę dalej.
133 km.
131 km. Na krańcu zatoki.
121 km. A tu dzięcioł ma swoją skrzynkę na listy.
120 km.
117 km. Potoki dziesiątkami spływają do zatoki. Jedne małe, drugie pokaźniejsze.
116 km. Niebo mieni się seledynem na krańcach horyzontu.
107 km. Kiedy fiord wrzyna się w skały.
104 km.
102 km. Norge.
101 km. Norweskie Morskie Oko.
100 km. Takie widoki przywołują, odległe o tysiące kilometrów, nasze Tatry.
91 km. Podjazdy nieskończone, niebo odległe.
88 km. Talvik.
87 km. Samochód tunelem, rower objazdem.
79 km. Kolejny tunel za zakrętem.
76 km. Tym tunelem (1200 m) rowerzyści mogą się poruszać. Nie różni się on niczym od poprzednich, a jednak tam postawiono zakazy.
71 km. W sumie trzy tunele i ten oto most nie zostały udostępnione dla ruchu rowerowego. Musiałem korzystać ze starej drogi, kręcąc dodatkowe kilometry. Podczas wyjazdu wyszło, że pan z serwisu spartaczył swoją pracę. Koło nie jest prawidłowo wycentrowane.
56 km.
51 km. W tymi to sklepie, za wieszakami z odzieżą, jest ukryty serwis rowerowy. Czekam na wymianę szprychy. Aż strach pomyśleć, ile to będzie kosztować. Już wiem: 350 koron.
42 km. Na jednym z postojów, z bocznej ulicy wyjeżdża samochód. Pani opuszcza szybę i zagaduje po norwesku. Ja do niej, że norsk nie jest moim faworytem, więc pani po angielsku, czy widziałem konia? - Konia - zapytuję - teraz? - Tak, konia. - Nie, nie widziałem. - A pan Mieczysław? Pan Mieczysław od razu kiwa głową i mówi: - Tak, nawet dwa. Luzem sobie biegały. - A dokąd pobiegły? - dopytuje pani. - A no tam. - Dziękuję bardzo za pomoc.
37 km. Miasto Alta coraz bliżej.
29 km.
15 km.
7 km.
Dzień 23. Poniedziałek. 16.07.2018. Tak Panie Robercie D., urodziny Pan dziś obchodzi. Z tej okazji życzę Panu samych szóstek w ojcowskiej szkole i zwiększenia debetu na karcie kredytowej ze strony Ministerstwa Finansów Pańskiej żony. 😉 Trzymaj się dziś wyjątkowo, drogi kolego.

7 days ago

Szkoda, że Chorwacja nie została mistrzem świata w piłce nożnej. 😔
Dystans: 74,33 km. Czas pracy roweru: 3:50:17. Średnia: 19,36 km/h. Maksymalna: 49,18 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=70.1885341+24.0393974 Dzień zamknięty tak jak samochód, a zatem siekierę spokojnie możecie w nim zawiesić. Taka tu duchota, ponieważ na zewnątrz panuje inwazja komarów. Dziś kilometrów ot co. Deszcz zmoczył odzież i buty. Na drodze ruch rowerzystów wzmożony - tych lokalnych i dalekobieżnych. Jeśli chodzi o tych drugich, to mają oni wszyscy wspólny cel, jakim jest Nordkapp. My zmierzamy w przeciwną stronę. Za pięćdziesiąt kilometrów przejeżdżamy przez miasto Alta. Tam szukamy serwisu rowerowego i usuwamy usterkę z pęknięta szprychą. Potem dalej ku granicy okręgów. Zaplanowanych jest 115-120 kilometrów. Pogoda ma być przychylna. Warto to wykorzystać.
72 km. Pękła szprycha w tylnym kole. Podjadę jutro do najbliższego miasta i poszukam serwisu.
65 km.
64 km.
62 km.
55 km. Jarek z Golubia-Dobrzynia rozpoczął trasę z Nynäshamn i zmierza na Nordkapp.
52 km. Coraz więcej rachitycznych brzóz.
44 km. Przelotny opad, jaki mi zastąpił drogę, należał do tych, co lubią przemoczyć buty. Robi się jednak ciepło. Powoli przedziera się Słońce.
16 km.
7 km.
1 km. Ile dni drogi zostało do naszego miasta?
Dotarliśmy do znanego już Wam skrzyżowania. Teraz śniadanie, przebranie itd..
Gdy tylko oporządziliśmy się do wyjazdu, niebo przerzedziło chmury. Mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, aby ujrzeć cały ten majestat, bo kwadrans później znowu nic nie było widać. Teraz jesteśmy gotowi do dalszej podróży.
Matka Ziemia i siedem kontynentów.
Tam, gdzie oceany mieszają swe wody. Po lewej Atlantyk, po prawej Arktyczny.
Dzień 22. Niedziela. 15.07.2018. Wstajemy. Spać już się nie chce, na placu kręcą się nowi turyści. Zajeżdżają nowe samochodyi i motocykle. Autokar z Niemiec jeszcze się nie pojawił. Ubieram się w rzeczy cywilne, nie sportowe. Śniadanie zjemy później. Najpierw zamontujemy rower na dach i poszukamy globusa. Mgła chyba jeszcze bardziej zgęstniała, dlatego widoków nie będzie co podziwiać. 😁

8 days ago

Nie przychodzą mi do głowy żadne wielkie słowa, mimo że siedzę na skraju świata. Fajnie, że tu jestem. Jeśli się nie pomyliłem w obliczeniach, dziś moje życie liczy 16000 dni. Jest zatem okazja do świętowania. Jeszcze raz dziękuję za trzytygodniową obecność i życząc spokojnej nocy, pozdrawiam Was serdecznie. Ps. Pan Mieczysław odtwarza teraz symfonię D-dur. Jest co posłuchać. Chrapanie ma swoje zalety.
A właśnie, Narvik. Tak nazywa się druga część rozdziału "Norge". Zaczynamy spisywać ją od jutra. Tak jak już wspomniałem. Rower ląduje na dachu samochodu i przez 130 km nie będzie kręcił kołami. Proszę zatem Brata, aby od sumy ogólnej odliczył ten dystans. Poruszamy się wielkimi zawijasami wśród fiordów. Zmniejszam też dystans dzienny na 115 kilometrów. Jutrzejszy dzień jest jednak wyjątkiem, bo zaplanowałem tylko 50 km, po tym jak po południu przestanie padać deszcz. Dzięki pomocy Kamila, naszego Zaklinacza, odczuwam lepszy komfort psychiczny, kiedy znam prognozę pogody. Nastawienie na wysiłek jest wtedy zupełnie inne. 😀 Dziękuję, sąsiedzie.
Dziękować nigdy za wiele za każdy najmniejszy odruch Waszej chęci zaglądania na journi. Nawet nie wiecie, ile pomogła mi Wasza aktywność. Dziękuję za nią PRZEOGROMNIE. A jak wygląda sprawa na jutro? Cóż. Śpimy na wielkim parkingu pośród camperów i namiotów z różnych zakątków Europy. Mgła wszystko i wszystkich szczelnie otula. Wilgoci mamy pod dostatkiem. Jutro odzież będzie się suszyć dzięki samochodowemu ogrzewaniu. Nad ranem ma jednak popadywać. Mimo to chcemy zobaczyć pomnik w kształcie globusa, który gdzieś tutaj jest. Trzeba go tylko odnaleźć w tych chmurach. W sklepie z pamiątkami ceny wywindowane powyżej ludzkiego pojęcia. Jeden magnes, po przeliczeniu na złotówki, kosztuje 25 złotych. Nie kupiłem żadnego. Może w Narviku uda się dostać taniej.
Moi drodzy, dostaję od Was ciepłe SMSy, równie miłe komentarze i polubienia. Właściwie brakuje mi słów, żeby Wam za nie podziękować. Jest mi niezmiernie miło, że byliście i jesteście z nami na każdym etapie tej podróży. Za nami trzy tygodnie napędzania roweru, który przesunął się na mapie o prawie 2700 kilometrów. Dla jednych to dużo, dla innych mniej. Tak po prawdzie jest to droga podzielona na małe odcinki. Patrząc logicznie, w ten sposób można zajechać dokądkolwiek. Przed rokiem wjeżdżałem do Lizbony, dziś na północy skraj kontynentu. Nie ukrywam, że jest również wielką zasługa taty, który zabezpieczył wyprawę od strony logistycznej. Nie musiałem martwić się ani o jedzenie i ani o nocleg. Nie wspomnę o obciążeniu bagażami, których nie potrzebowałem ładować na bagażnik.
Dystans: 150,13 km. Czas pracy roweru: 8:00:44. Średnia: 18,73 km/h. Maksymalna: 51,35 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=71.1698687+25.7832413
150 km. Po zapłaceniu 275 koron za wjazd na Nordkapp, dotarliśmy na szczyt. Niestety chmury wszystko zakrywają. Liczę na to, że jutro rano będzie lepszy widok. Zostajemy tu bowiem na noc.
145 km.
142 km.
141 km.
140 km. W górę, na Olimp!
133 km. Atlantyk.
131 km. W krainie chmur.
129 km. Śnieg na tej wysokości i szerokości zalega sobie w najlepsze.
127 km. Do wieży lotów. Proszę o zgodę na lądowanie.
125 km. Zostało jeszcze tyle, ile wynosi droga z domu do pracy. W normalnych warunkach godzinka dziesięć, tutaj będzie z trzy razy dłużej. Dlaczego? Spójrzcie na drugie zdjęcie.
124 km. Drogowskaz i magiczny symbol, którego znaczenie rozwiązaliście na Litwie.
123 km. Taki widoczek tutaj się uchował.
121 km. Mruganie długimi światłami, trąbienie i energiczne machanie - to pozdrowienie od rodaków, których spotkaliśmy na 59 kilometrze.
117 km.
114 km. Parę fotek z wnętrza czeluści. Kto zgadnie, co oznacza informacja z dwoma dwójkami?
113 km. Szósty tunel (4400 m).
112 km. Osada Sarnes.
104 km. Dwa kilometry dalej przejadę piątym tunelem (190 m). Jak na razie korzystam z mostu.
103 km. Przedstawiam pana Grzegorza, który przywitał nas zaraz po tym, jak wyjechaliśmy na powierzchnię. Rowerowym wyczynem pana Grzegorza było przejechanie odcinka z Gdańska do Lublina w ciągu trzech dni.
103 km. Mgły nie było, ale za to strasznie mokro. Miałem wrażenie, że przy krawędzi jezdni zalegał lód. Z górki jechało się wspaniale, za to pod górę wysiłek na całego. Do głosu doszła przedostania przerzutka. Jeszcze do tego niebotyczny hałas. Kiedy zbliżają się samochody, odnosi się wrażenie, że nadjeżdża pociąg. Niezbyt dobre miejsce dla tych, którzy cierpią na klaustrofobię.
96 km. Ten tunel schodzi poniżej dna zatoki. Jego długość to 6870 m. W tunelu może występować mgła.
94 km.
85 km. Nie wiem, która to już wspinaczka w ciągu dnia.
80 km. ...i chatka.
78 km. Drzewa zniknęły. Tu i ówdzie rośnie jakiś krzak...
75 km. Widzicie drogę, którą już pokonaliśmy. Jeszcze raz taki odcinek i możemy cieszyć się małym sukcesem.
69 km.
59 km. Kiedy sobie tak stoję i fotografuję te piękne okoliczności przyrody, zatrzymuje się samochód o norweskich numerach rejestracyjnych. W środku siedzi para Polaków. Kobieta zapytuje: - Mogę panu zrobić zdjęcie? - Oczywiście, że tak - odpowiadam. - A skąd pan jedzie? - Z Torunia. - A ile dni? - Dwadzieścia jeden. - Powodzenia życzę. - Dziękuję i wzajemnie.
48 km. Dostrzec już można drugi tunel (496 m), a tuż za nim będzie i trzeci (200 m).
45 km.
43 km. Norge.
41 km. Tunel wykuty jest w litej skale. Skraplająca się woda kapie bezpośrednio na głowę.
40 km. Za tym zakrętem czeka na nas pierwszy tunel, którego długość wynosi 2980 metrów.
30 km.
24 km.
20 km. Dojechaliśmy do ostatniego głównego skrzyżowania na trasie. Dalej droga wjedzie praktycznie tylko na północ. Do tego miejsca będziemy musieli wrócić, aby dalej zmierzać ku Narvikowi. Dlatego etap powrotny rower spędzi na dachu samochodu. Nie ma sensu powtarzać tej samej drogi. Zaoszczędzimy trochę na czasie i na siłach.
15 km. Niebo pochmurne, wiatr przeciwny. Jedzie się wolniej. Ubrania chronią przed chłodem. Dziesięć stopni ciepła.
12 km.
8 km.
7 km.
0 km. Ruszamy.
Dzień 21. Sobota. 14.07.2018. Noc minęła bez much i komarów. Popadał bardzo krótko przelotny deszcz. U nas jest dzień obudził się już dawno 😁 (nocy nie ma wcale), zatem można rozpoczynać dalszą wędrówkę.
18 km. Rozpoczęła się wspinaczka. Otrzymałem informację od operatora, że w Norwegii płacę tak samo, jakbym był w Polsce, czyli według taryfy, ktorą posiadam. Roaming zatem tutaj nie istnieje.

9 days ago

Dystans: 131,67 km. Czas pracy roweru: 7:05:11. Średnia: 18,58 km/h. Maksymalna: 49,64 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=70.3693217+25.0856117 Minął następny dzień wysiłku. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, jutro powinniśmy finiszować na Nordkappie, ale nie chciałbym zbytnio uprzedzać faktów, gdyż dystans wynosi 149 kilometrów. Kamil prognozuje dzień bez opadów, aczkolwiek pochmurny i z nieprzychylnym wiatrem. Zimowe rzeczy mam już przygotowane. Ogrzewajcie cały jutrzejszy dzień bardzo mocno i ambitnie, abyśmy wreszcie mogli na własne oczy zobaczyć ten skrawek północnej Europy. Dalej ku polarnej Niedźwiedzicy rowerem już się nie da dojechać. Droga kończy się na klifie.
125 km.
119 km.
111 km.
104 km. Języków obcych można się uczyć wszędzie i przy każdej okazji. 😀
101 km.
99 km. Odpływ zabrał praktycznie całą wodę z fiordu.
95 km. Ilość autokarów z krajów niemieckojęzycznych gwałtownie wzrosła. Na jednym z parkingów nadaża się pierwsza okazja porozmawiania z podróżującymi po Skandynawii. Dodatkowo zrobiono nam zdjęcia.
93 km.
90 km. Jesteśmy w Arizonie?
85 km. Lakselv. Ocean Arktyczny w zasięgu wzroku.
83 km. Kilometry powoli pną się w górę. Wiatr nie pozwala na wyższe prędkości. Nawierzchnia poboczy od dwudziestu kilometrów przypomina fińskie ścieżki rowerowe. Tylna część ciała czuje się jak na rodeo.
77 km. ...a tę dopiero będą. 😀 Wczoraj trzy autokary z Niemiec i dwa ze Szwajcarii. Dziś równie tyle z kraju nad Renem. Są też campery i osobówki. Pewnie na Nordkapp porozmawiam sobie po niemiecku. 😁
77 km. Te widoki zostawiamy już za sobą...
74 km.
72 km. Przez ostatnie kilometry poruszaliśmy się w strefie wojskowej. Nie można było ani się zatrzymać ani robić zdjęć. Teraz nadrabiam stracone ujęcia.
54 km. Zatrzymam się przy tej skale, wdrapię się na nią i pokażę Wam coś ciekawego.
52 km.
44 km. Przed nami majestat łańcucha górskiego w Skandynawii. Obawiam się, że zmniejszymy dziś normę dzienną w pokonywanych kilometrach. 😁
42 km.
31 km. Północny wiatr nie tylko przeszkadza, ale i wychładza. Coraz więcej warstw ubrań mam na sobie.
22 km. Droga wiedzie na północ. Ruch samochodowy w zaniku. Więcej tu strumyków niż aut.
5 km.
Dzień 20. Piątek. 13.07.2018. Czołem wszystkim. Ponieważ znajdujemy się w zasięgu operatora Finlandii, nasze telefony nadal mają godzinę panującą w tamtym kraju. Poza tym przyzwyczajenie sprawiło, że już się obudziliśmy i jesteśmy na nogach ku uciesze dziesiątków komarów. Dwa lata temu rowerem zmierzałem w kierunku granicy litewskiej przez Augustów, rok temu wędrowałem ku Fátimie. Dziś też jestem w drodze. Przede mną chęć ujrzenia ogromu Oceanu Arktycznego. Tak, jak prognozował Kamil, Słońce obficie oferuje swoje ciepło. Mniej więcej za godzinę start. Przypuszczam, że górek na trasie będzie sporo. Jestem na nie przygotowany. 😁
140 km. Rzeka Karasjohka. Nazwa brzmi o dziwo rosyjsko.
136 km.

10 days ago

Cóż więcej dodać? Każdy kraj posiada swoje piękno. Mam nadzieję, że udało mi się je pokazać i zachęcić Was do odwiedzenia tego kraju osobiście. A od jutra zapraszam do "poczytania" trzeciego rozdziału pt. "Norge". Właściwie składa się on z dwóch części. Pierwszą pozwoliłem sobie nazwać "Nordkapp". Jest to główny cel naszej wyprawy. Zapraszam do trwania przy lekturze. Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za całe dobro od Was do tej pory otrzymane. Do jutra. Ps. Zapomniałem pogratulować Bratu i jego towarzyszom za to, że dziś pokonali 18 km wędrując po tatrzańskim szlaku przez Czerwone Wierchy.
A jacy są Finowie? Myślę, że srogie zimy wyryły piętno na temperamentach tych ludzi. Nie zagadują, ani nie pozdrawiają obcych, chyba że coś ich zaciekawi. Nawijają wtedy jak najęci za nic mając to, że ich rozmówca nie rozumie ni w ząb żadnego słowa. Najważniejsza jest komunikacja i potok wyrazów, które - jak sami widzieliście - potrafią przysporzyć o zawrót głowy swoją artykulacją i długością.
Dystans: 141,13 km. Czas pracy roweru: 6:34:54. Średnia: 21,44 km/h. Maksymalna: 59,03 km/h. Na razie rekord! 😊 Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=69.4303533+25.78479 Moi drodzy, rozdział drugi zatytułowany "Suomi" przed chwilą się zakończył. Spędziliśmy w nim dziesięć dni, pokonując 1329,25 kilometrów. Na kartach tej opowieści dowiedziałem się, jak wygląda Finlandia, oczywiście z perspektywy rowerowego siodełka. Pierwszy wniosek, jaki się nasuwa to ten, że nie bez powodu kraj ten nosi miano kraju tysięcy jezior. Naprawdę jest ich tu wiele, które wraz z lasami są wizytówką tej części kontynentu. Oprócz funkcji oficjalnej tereny te są istną wylęgarnią przeróżnych insektów, dla których szczytem honoru jest kąsać wszystkich i wszędzie bez wytchnienia. Wspomniane knieje dają też schronienie reniferom, które z wielką nonszalancją i obojętnością spacerują po drogach Laponii. Zwierzęta te nie odczuwają strachu przed człowiekiem.
136 km. Jesteśmy na moście granicznym. Opuszczamy granicę Unii Europejskiej, ale w rekompensacie powracamy do toruńskiego czasu. Wskazówki zegara cofamy o godzinę. 😁
134 km. Przed Wami Norwegia!
124 km. Takie miejsca jak to, do złudzenia przypomina mi karłowate lasy Portugalii. Kępy drzew, trawa pomieszana z kamieniami. Odnoszę wrażenie, że jest tak samo ciepło. 😁 Brakuje tylko tych owadów, co tak cykały pośród igieł i szyszek o wysokości 15 centymetrów.
119 km.
106 km.
98 km. Trzy stare Citroeny z Francji i Belgii, starsze niż ja, wędrują sobie po Finlandii. Ich pasażerowie radośnie machają. Od razu widać inny temperament ludzi.
96 km.
85 km. Coraz więcej rozlewisk urozmaica krajobraz. Parawan tworzony przez las ustąpił miejsca przestrzeni.
80 km. Znak wszystko wyjaśnia. Droga zrobiła się wymagająca. Przerzutki mają co robić, tak jak w górach Kantabryskich w Hiszpanii, tyle że tam było niekiedy bardziej stromo. Podczas podjazdów prędkość moja jest niższa niż prędkość lotu much, które gryzą bez litości.
70 km. Napoleon nigdy tu nie był, ale jego inżynierowie widocznie tak.
68 km. Czas zjechać z głównego szlaku.
49 km.
34 km.
19 km.
15 km. Suomi.
12 km. Suomi.
11 km. Järvi = jezioro.
6 km. W drodze do Norwegii.
Dzień 19. Czwartek. 12.07.2018. Zanim wyruszymy, nacieszcie się proszę białą nocą.

11 July 2018

Jutrzejszy odcinek trasy powinien zaprowadzić nas pod granicę z Norwegią. Nie daję jednak głowy, czy uda się ją przekroczyć. Proszę więc bardzo o wsparcie; takie samo, jakie otrzymałem od Was dzisiaj. Mocno za nie dziękuję. Do jutra. 🤗 Ps. Komarów brak. Much mało. Nadaża się okazja posiedzieć na zewnątrz samochodu i spokojnie poczytać książkę.
Dystans: 130,79 km. Czas pracy roweru: 6:19:01. Średnia: 20,70 km/h. Maksymalna: 49,10 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=68.6773867+27.4971767 Dzień zamknięty dość szybko, ponieważ bardzo wcześnie się rozpoczął. Dzisiejsza droga obfitowała w dużą ilość wzniesień. Pod koniec etapu był też przeciwny wiatr i zwiększona ilość podróżujących. Atutem tej trasy było kilkakrotne spotkanie reniferów. Nawet tu, gdzie odpoczywamy, z lasu wychodzą te zwierzęta. Niestety optyka mojego telefonu nie poradzi sobie z odległością. Trzeba być cierpliwym. Może nada się sposobność.
128 km.
Stąd do rosyjskiego miasta tylko dwa i pół dnia drogi, a do granicy jeszcze bliżej. 😁 Zwróciliście uwagę na poziomie oznakowanie ścieżek rowerowych? To ta niezamalowana przestrzeń na pasach.
137 km. Ivalo. Osada górnicza. Przybywali tu poszukiwacze złota i innych szlachetnych kruszców, w tym ametystów.
117 km. Stamtąd jedziemy. Mimo że nie widać tego na zdjęciach, ruch samochodowy wzrósł. Zbliżamy się do jeziora Inari, trzeciego pod względem wielkości w Finlandii. Otoczone jest ono całym zestawem, hoteli, pensjonatów, restauracji i miejsc campingowych. To taka Solina w Bieszczadach. Campery, przyczepy campingowe i busy to norma. Ktoś inny wiezie kajaki na dachu, tamten z kolei taszczy za sobą łódź motorową. Pojawił się także autokar z Niemiec z turystami, ktorych średnia wieku wynosi 70+. Oczywiście mocno zauważalni są motocykliści na swoich turystycznych pojazdach. Za jednym z nich turlała się nawet przyczepka. Z kolei rowerzystów jak na lekarstwo. Jeśli już są, to poruszają się w innym kierunku niż my.
110 km.
98 km. Wiatr przybiera na sile, ziemia czyni się pagórkowatą, lasy znikają. Jesteśmy na 400 m wysokości n.p.m..
93 km. Klimatyczne miejsce na odpoczynek w czasie podróży.
92 km.
86 km. Patrząc na drugą nazwę miejscowości, nasuwa mi się skojarzenie z numeracją rzymską. Ciekawi mi, ile kombinacji - po odrzuceniu litery A - uda Wam się ułożyć. Podam Wam pierwszy przykład: 5-5-1-50.
82 km. W czasie postoju, kiedy nam przyszło odganiać się od roju much, Wy na spokojnie możecie uczyć się fińskiego, angielskiego i rosyjskiego.
55 km. Koulu = szkoła.
38 km. Tego znaku w Polsce nigdzie nie znajdziecie.
6 km.
Dzień 18. Środa. 11.07.2018. Miejsce, które wczoraj wybraliśmy na nocleg, dziś zostało wybrane na miejsce odpoczynku przez czterech kierowców ciężarówek. Pobudkę zatem mieliśmy nadzwyczaj wczesną.

10 July 2018

W świecie odbywają się mistrzostwa w piłce nożnej, a u mnie zmagania o największą ilość kilometrów przejechanych rowerem w zagranicznym kraju. I tak o to, trzecie miejsce zajęła dziś Finlandia ze swoimi 1062 km, dyskwalifikując tym samym Hiszpanię, w której przejechałem 966 km. Jestem pewien, że kraj tysięcy jezior zdobędzie i srebro, kosztem Francji, gdzie spędziłem 1268 km. Złota jednak Finlandii nie uda zdobyć. Jak myślicie, w jakim kraju oprócz oczywiście naszego, jeździłem rowerem najwięcej?
Dystans: 136,15 km. Czas pracy roweru: 6:30:39. Średnia: 20,91 km/h. Maksymalna: 46,68 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=67.6844064+26.7439543 Dzień zamknięty. Dziękuję za obecność na każdym odcinku drogi. Miło się z Wami zwiedza Finlandię.
114 km. Niekiedy droga wiedzie groblami.
107 km. Piękno w Finlandii ma różne odcienie.
103 km. Sodankylä. Ciekawa stylizacja komina. Również i kolor nietypowy.
101 km. Sodankylä. Jakże znajomy widok.
84 km. Któż to porusza się prawą stroną jezdni zamiast lewą?
81 km. Jakbyśmy byli na półwyspie Iberyjskim.
80 km. Miejscowość, do której jest bliżej, poznajemy jeszcze dziś. Tą dalszą odkładam na jutro.
79 km. Lasy rzednieją i karłowacieją. Pogoda dopisuje. Dwadzieścia siedem stopni i wiatr w plecy. Czego potrzeba więcej? Mniej much.😁 Nogi mam przez nie pogryzione najbardziej. Żadne preparaty odstraszające owady, zakupione w kraju lub na miejscu, nie skutkują.
71 km. Remonty dróg, gdzie odbywa się ruch wahadłowy, nie są żadną przeszkodą dla roweru. Kierujący ruchem pozwalają mi jechać, mimo czerwonego światła.
56 km. Drugie lotnisko, jakie napotykamy podczas wędrówki przez ten kraj.
36 km. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale warto pochwalić Finlandię za bardzo dobrą infrastrukturą parkingową. Praktycznie co pół kilometra (liczę w tym przystanki autobusowe) można spotkać większą albo mniejszą zatoczkę. Minusem jest brak koszy na śmieci. Często, w takich miejscach, niestety nie jest czysto. Jakość asfaltu jest bardzo zadawalająca. Dlatego z taką niechęcią muszę korzystać ze ścieżek rowerowych. 😞
25 km. Teren pofałdowany przypomina miejscami polskie Bieszczady.
21 km.
10 km.
1 km. Finlandia.
Dzień 17. Wtorek. 10.07.2018. Zapowiada się słoneczny dzień, ale pozwólcie, że jeszcze przysnę. Jest 7:03. Pobudka.

9 July 2018

Dystans: 161,40 km. Czas pracy roweru: 7:52:47. Średnia: 20,48 km/h. Maksymalna: 36,43 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=66.64241+26.1942717 Powoli kończę relację z dzisiejszego dnia. Bardzo się cieszę, że udało się odwiedzić świętego Mikołaja. To był cel sam w sobie. Zdążyliśmy też na ostatnia lekcję prowadzoną przez elfy. Chwilę potem przekroczyliśmy koło podbiegunowe. W ubiegłym roku rowerem przedostałem się na półkulę zachodnią. Problemem było znalezienie noclegu, dlatego trzeba było jechać dalej. Stąd ten wynik. Dziękuję Wam bardzo za towarzystwo. Mam nadzieję, że wizyta w Rovaniemi przypadła Wam do gustu, mimo że jakość niektórych zdjęć mogłaby być znacznie lepsza. Tym samym wyrażam swoją skromną wdzięczność. Ps. Fińskie lasy to jakiś koszmar. Tym razem natrafiliśmy na wylęgarnię meszek.
139 km. Przekraczamy koło podbiegunowe.
Tuż przy szkółce dla elfów mieści się biuro wesołego brodacza. Pełno w nim detali. Patefon, lampka, książki, zwoje, pergaminy, w rogu stojące narty. Wychodząc z groty nie zapomnijcie kupić pamiątek. Są pluszaki, swetry, czapki i rękawice, poduszki i bombki, figurki i porcelana. My zdążyliśmy na czas. Minutę później zamknięto sklepiki. Największym atutem tego miejsca jest możliwość fotografowania. Niech Tampere uczy się od Rovaniemi.
W szkole elfów skrzaty wyjaśniają, w jaki sposób Mikołaj rozwozi prezenty, i jakie sztuczki stosuje, żeby zdążyć na czas. Wygodne fotele, pufy, ławy - to małe auditorium. Katedra to biurko, obok którego stoją jakieś skrzynie i kufry. Globus, luneta, mapa, stare księgi, ale również wiszące na linkach skarpetki i czapki. Klimat nie z tego świata. W nagrodę za uczestnictwo w lekcji otrzymuje się czapkę i dyplom.
Gdzieś w rogu stoi choinka. Pod dnią paczuszki z prezentami. Jakieś sanie oparte są o ścianę. Gdzie indziej wisi obraz. Wszystko to buduje klimat tego miejsca. Można też spocząć, zamówić ciasto, napić się elfowej lemoniady, albo samemu wykonać upominek.
Idąc dalej natrafiamy na salę lodową. Można założyć kubraczek, aby zobaczyć misternie wykonane rzeźby skąpane w niebieskim świetle.
Siedziba Mikołaja wraz z wszystkimi przybocznymi komnatami ma kształt koła. Pierwsze pomieszczenie znajdujące się po prawej, to mikołajowa poczta. Sortowanie są tu listy, jakie święty otrzymuje od dzieci z całego świata. Projektanci zadbali o każdy drobny szczegół. Tu leżą worki z listami, tam pieczęcie. Jakiś mechanizm porusza ręką dzierżąca pióro. Na specjalnymi pulpicie jest możliwość napisania własnych życzeń. Kartkę pozostawia się na półeczce obok.
Miejsce, gdzie przebywa, znany wszystkim na całym świecie, święty robi wrażenie pod każdym względem. W tym właśnie rzecz, żeby pokonać dwa tysiące kilometrów i nie żałować 17,5 Euro wydanych na bilet wstępu. Ale po kolei. Zanim wjedzie się na parking z głównej szosy i wejdzie do siedziby świętego, nie da się zauważyć figur reniferów porozstawianych wśród drzew. Ich wielkość odpowiada rzeczywistej skali. Następnie wchodzimy do groty, której korytarz prowadzi w dół. Wnętrze jest przyjemnie klimatyzowane i podświetlane przytłumionym światłem w różnych odcieniach. Dochodzimy do kasy. Wszystkie osoby tutaj pracujące są ucharakteryzowane na elfów, które oczywiście są bardzo radosne i pomocne. Po zakupie biletów zmierzamy dalej w głąb jaskini długim tunelem. Atmosfera panuje tu bardzo podniosła i świąteczna. Ściany wyłożone są drewnem, których zapach unosi się w powietrzu. Miesza się on z wonią pierników i delikatnie brzmiącą muzyką.
134 km. Do wioski świętego Mikołaja jeszcze kawałek.
130 km. Rovaniemi. Ocierając się o te miasteczko tylko przejazdem, poczuć można jego spokojność . Nad wodą, na małej plaży, bawią się dzieci ze swoimi rodzicami. Po drugiej stronie, w parku wylegują się miejscowi. Ktoś inny wędkuje lub się opala. Motorówka przecina taflę. Gromady rowerzystów śmigają we wszystkie strony.
122 km.
110 km.
104 km. Szlak skuterów śnieżnych przecina szosę.
82 km. Widzicie to samo co ja? Tam, po drugiej stronie jeziora. Nieźle się prezentują, prawda? Tak, macie rację. Dwa tysiące kilometrów za nami. 😁 Przypominam, że aby widzieć komentarze uczestników wyprawy, należy na swoim smartfonie zainstalować aplikację "journi".
80 km. Do siedziby świętego Mikołaja coraz bliżej.
50 km. Ten widok znamy już z Polski.
50 km. Od pierwszego dnia wyjazdu stosujemy strategię cyklicznych przerw. Robimy je co pięć kilometrów. Niebawem będę mieć kolejną pauzę. Pan Mieczysław na horyzoncie. Przerwy są zazwyczaj 3-5 minutowe, chyba że mam do uzupełnienia dłuższy wpis. 😁
12 km. Droga stała się węższa. Co jakiś czas pojawia znak mówiący o możliwości wymijania się większych pojazdów.
10 km. Witajcie w Laponii.
Dzień 16. Poniedziałek. 09.07.2018. Cześć, obudziło mnie bzyczenie komara. To jeszcze bym przebolał, lecz tuż po tym usłyszałam potężny ryk niedźwiedzia. Mam tu takiego w samochodzie, co potrafi nocą zaryczeć, że aż szyby zadrżą. Wyszedłem więc na zewnątrz, żeby pokazać Wam białą noc, skoro i tak już nie śpię. 😁 Wnętrze samochodu wygląda jak pobojowisko. Są tu dziesiątki zlikwidowanych komarów. Jest 6:16. Pobudka. Za godzinę droga. 😁

8 July 2018

A na koniec dnia jeszcze trzy rzeczy. Pierwsza. W miejscu obecnego noclegu, komarów jest mało. Są za to muchy. Strasznie natrętne. Naliczyłem ich z cztery rodzaje. Najgorsze są te największe, bo potrafią ugryźć bez powodu. Pojawiły się też mrówki. Są długie na półtora centymetra. Nie muszę pisać, że atakują tak samo skutecznie, jak ich koledzy z powietrza. Druga sprawa. Słońce świeci całodobowo. Dzięki temu nie ma porannej rosy i dzień nie musi się nagrzewać. Z samego rana jest już ciepło. Trzecia rzecz. Jeśli będziecie dobrze się starać jak dotychczas, to jutro... odwiedzimy św. Mikołaja. Proszę zatem szykować listę prezentów, które chcecie otrzymać na tegoroczne święta Bożego Narodzenia.
Rozważając poniższa kwestię w sprawie planowania poszczególnych odcinków wyprawy, chciałbym jak najmocniej pochwalić Kamila P. za zaangażowanie meteorologiczne i poświęcony czas w sprawdzaniu profesjonalnych prognoz, których aktualizuje podsyła nam dwa razy dziennie. 😁 Najlepiej będzie, jeśli sami przeczytacie, co nas jutro czeka: "Pogoda dla stacji Hosio i Nuupas. Temperatura odczuwalna rano 18 stopni, ale koło południa może być nawet 22 stopni. Kolejny dzień bez deszczu 😊 wiatr z rana płd-wsch z prędkością 4km/h; później płn-wsch z prędkością około 7km/h. Wiatr słabszy więc nie powinno być źle." Tym samym mianuję Kamila na stanowisko Zaklinacza Deszczu, albo krócej mówiąc Szamana.
Dystans: 130,37 km. Czas pracy roweru: 6:42:31. Średnia: 19,43 km/h. Maksymalna: 34,90 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=65.6891983+25.9197733 Udało się ukończyć kolejny etap podróży. Dziękuję za gorący doping podczas jego trwania. Wszelki Wasz ruch w sieci daje okazję do odpoczynku i uśmiechu na twarzy. Może dlatego dysponujemy nadwyżką kilometrową. Według planu granicę z Norwegią przekroczamy 15 lipca, a według obecnych obliczeń w tym czasie będziemy już na Nordkapp. Są dwa wyjścia, zmniejszyć kilometraż dzienny już od jutra, albo zrobić to po osiągnięciu celu głównego. Na wszelki wypadek tata zrobił mi dziś masaż na ścięgna Achillesa, abym zachowal dobrą formę na następne dni. To jest kolejny fach Pana Mieczysława, oprócz zachowanych już tytułów kierowcy, logistyka i kucharza.
126 km. Blaszany ludek.
124 km. Przedstawiam Wam grupę Polaków z Wrocławia, Częstochowy, Jeleniej Góry i innych południowo-zachodnich miejscowości. Celem tego teamu jest objechanie Bałtyku dookoła jego brzegów. Napotkani rowerzyści czynią to na raty. W tym roku jest to ich XVII etap. Co za spotkanie. 😁 A jak się poznaliśmy. Prosta sprawa. Nauczony przez Finów, do każdego napotkanego rowerzysty mówię "Dzień dobry", jeśli wygląda na tubylca. Jeśli ubrany jest podobnie do mnie, pozdrawiam go słowem "Cześć". Tak było i teraz. Widzę sporą grupę przed sklepikiem, macham do nich i mówię wspomniane hasło. Zdziwiłem się, że odpowiedzieli w zrozumiałym dla mnie języku.
109 km. Dziewiętnastoliterowy 😉 wyraz. Jak na razie najdłuższy poznany na trasie.
106 km.
99 km. Szyld z nazwą wjazdu oraz skrzynka na listy są wskazówkami, że tereny są zamieszkałe przez ludzi.
89 km. Suomi.
Przepraszam, ale nie mogę powstrzymać się od śmiechu.
87 km. Miejscowość, która cierpi na nadmiar litery "i".
73 km. Lasy stają się trochę niższe.
70 km. Pierwsze spotkanie z reniferami.
56 km. Pozwolę sobie na zabranie zdania w kwestii fińskich ścieżek rowerowych. To, że istnieją jest już dobre samo w sobie. Ciekawe jest też rozwiązanie z tunelami. To drugi pozytyw. Trzecim atutem jest dobre oznakowanie, dokąd zmierzają z podaniem kilometrów. I to właściwie koniec. Dalej bowiem muszę napisać o punktach negatywnych. Pełno w nich pęknięć, uskoków, zapadnięć, garbów i wybrzuszeń. Rozpędzać się nie radzę, bo szkoda roweru i siedziska. Wczoraj byłem świadkiem konfrontacji garbu z rowerzystką. Garbu nie byle jakiego. Przecinał ścieżkę na całej szerokości. Nie dało się go ominąć. Trzeba było hamować. Ja tak uczyniłem, ale pani za mną już nie. To co było w koszyku zawieszonym na kierownicy, pięknym, wprost eleganckim łukiem, huknęło o asfalt. Pani była bardzo niepocieszona. Coś tam mówiła do siebie, ale nie będę powtarzać, ponieważ były nimi brzydkie wyrazy. Ps. Na ścieżce, która widzicie, mogą jeździć skutery.
Oulu. Miasto mnie nie zachwyciło. To, że niedziela i cicho, to się zgadza. Poza tym brudno. Wszędzie walają się śmieci. Wybierałem takie momenty do fotografowania, aby ich nie uchwycić. Niestety przy pomniczku nie dało rady. Pudełka po papierosach nie zatuszowałem.
36 km. Oulu. Zamiast fal, mew i piasku, Bałtyk jawi się tu jako spokojne jezioro. Zadziwiające.
Niestety, z przykrością i wielkim żalem stwierdzam, że nawigacja rowerowa zakończyła swoją służbę. Urządzenie ponownie nie pobiera prądu i nie jest rozpoznawalne przez komputer. Tym samym nie mam dostępu do map. Poruszamy się zatem metodą do tej pory stosowaną. Szkoda słów.
Dzień 15. Niedziela. 08.07.2018. Komary były udręką tej nocy. Jesteśmy lekko pokąsani, lecz nie przeszkadza nam to w podjęciu działań przygotowawczych. Mniej więcej za godzinę ruszamy.

7 July 2018

Dystans: 148,78 km. Czas pracy roweru: 7:07:07. Średnia: 20,90 km/h. Maksymalna: 41,83 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=64.74946+25.3615033 Jesteśmy po posiłku, wymyci i przebrani. Siedzimy w nagrzanym aucie. Komary się wprosiły. Zasięg Internetu w miejscu biwakowania jest sporadyczny. Nie poczytam Waszych komentarzy uzbieranych w ciągu dnia. Mimo wszystko dziękuję, że je piszecie. Jutro jesteśmy w Oulu. Chciałbym pokazać Wam Bałtyk, zanim na dobre udamy się w tundrę. Ps. Podczas konsumpcji obiadu, odwiedził nas na moment zając. Postrzygł uszami i dał drapaka.
140 km. Po raz pierwszy od naszego przybycia do brzegów Finlandii, zostaliśmy pozdrawieni przez podróżujących. Rowerzysta jadący z naprzeciwka wyraził swój gest uznania, podnosząc kciuk ku górze. Z kolei dziesięć kilometrów wcześniej klaksonem i machaniem został przywitany pan Mieczysław.
135 km.
132 km. Takie klimaty też się zdarzają - szopa i kapuściane pole.
110 km. Cmentarz jest częścią okalającej zieleni. Żadnych okazałych nagrobków, pomników, monumentalnych krzyży. Prostota i równowaga.
106 km. W lasach króluje sosna, świerk i brzoza. Mech potrafi odważnie piąć się w górę.
103 km. Wiatr mamy taki. 😉
87 km. Finlandia.
80 km. Miasteczko Oluainen.
70 km. Oulu jest celem jutrzejszego dnia.
62 km. O, wyprzedził mnie zachodnioniemiecki Garbus. Za trzy kilometrowy zrobią to dwa Volkswageny dzieci kwiatów.
61 km. Zrobił się większy ruch, a wraz z nim na szosie pędzą takie archaiki jak wschodnioniemiecki Wartburg, francuska Kaczucha czy amerykański Chevrolet. Naszego Maluszka niestety nie mogę wypatrzyć.
52 km. Niemniej jednak stanowiska straży pożarnej mają pokaźne.
48 km. Nitka linii kolejowej jest oznaką, że zbliżamy się do miasta. Ylivieska za dwa kilometry. Należy pamiętać, że skala wielkości fińskich aglomeracji miejskich, w porównaniu z Polską, wygląda bardziej blado. Tak na marginesie - Ylivieska liczy 14000 mieszkańców.
40 km. Skoro jest wiatrak, jest też wiatr. Jedzie się wolniej.
19 km. Granica regionów.
17 km.
6 km. Niebo bezchmurne. Cisza na szosie.
Dzień 14. Sobota. 07.07.2018. Urodziny miesiąca. Zaplanowana trasa na dziś jest bardzo prosta. Cały czas przed siebie drogą nr 63, która później przechodzi w 86. Słońce zwiększyło dozę jasności. To znak, że trzeba wygramolić się ze śpiwora. Miłego dnia.

6 July 2018

Na zakończenie dnia przesyłam Wam jeszcze jedno zdjęcie, abyście sami doświadczyli piękna tutejszego wieczoru. Spokojnie dokończyłem czytanie książki przy tym świetle. Pamiętajcie, że u nas wskazówki zegara wskazują już 22:14.
Dystans: 133,96 km. Czas pracy roweru: 6:36:40. Średnia: 20,36 km/h. Maksymalna: 39,79 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=63.7326917+24.14846 Dziękuję ziemi sieradzkiej, sierpskiej, lipieńskiej, zgierskiej, brodnickiej, lubawskiej, iławskiej, chełmskiej, grudziądzkiej, złotowskiej, toruńskiej oraz oczywiście bremskiej, za wielogodzinne czuwanie nad naszym komfortem podczas dzisiejszej jazdy. Zapraszam także jutro. A jeśli kogoś pominąłem proszę dopisać w komentarzach. 😁 Pozdrawiam serdecznie. Ps. Miejscówka jest idealna. Komarów brak. Latają muchy, ale te mniej zadziorne. Te większe operują teraz na moich skarpetkach, które wywiesiłem pięć metrów od samochodu.
Kiedy pan kierowca skończył swoją przemowę, patrzy na mnie. Aha teraz moja kolej. Więc pokazuję mapę i rower. Jak zobaczył jedno i drugie - mówię poważnie - oczy mu się powiększyły, zaczął kręcić głową i wymachiwać rękami. A potem się uśmiechnął i pomachawszy na pożegnanie, odjechał. Dzisiejszy kontakt z Finami nauczył mnie jednego. Dosyć z angielskim. Szybciej się dogadamy z miejscowymi po polsku. Ot co.
134 km. Miejsce na obóz znalezione. Tata od razu rozstawia przenośny osprzęt kucharski. Jest butla gazowa i garnki, sztućce i cały zestaw obiadowy. Dziś szef kuchni poleca zrazy z kaszą i ogórkami z Polski, ale które znalazł na półce estońskiego sklepu. 😁 Wszystko to ładnie furgocze, zapach obiadu się unosi, a tu podjeżdża samochód. We wnętrzu dwóch starszych panów. Pewnie wywęszyli tatowy posiłek i chcą się wprosić. Podchodzę do nich. O angielskim zapomnij. Od razu po fińsku, a co tam. Kierowca jest rozmowny jak licytator podczas aukcji. Kurczę, nie nadążam przy nim z myśleniem. Skończy jedno zdanie, a już ma przygotowane cztery następne. Ten drugi w tym czasie pokazuje kubeczek malin. A oto chodzi. Mamy do czynienia ze zbieraczami runa leśnego...
133 km. Można się poczuć jak na drodze z Torunia do Łysomic. Brakuje tylko torów kolejowych po prawej stronie.
125 km. Przystanek autobusowy w kształcie chatki. Do tej pory na żadnym z nich nie znalazłem rozpisu jazdy. Ciekawe, jak funkcjonuje on w praktyce.
124 km.
111 km. Znaki zakazu, zamiast białego tła, mienią się żółcią.
106 km. Lasy są bogactwem Finlandii.
101 km.
96 km. Pan Mieczysław zostaje sprawdzony przez policjantów pod względem trzeźwości. Panowie poruszali się motocyklem oraz nieoznakowanym pojazdem. Po załatwieniu formalności, funkcjonariusze oglądają sobie naszą mapę, kręcą głowami i życzą dobrej podróży. Tak zrelacjonował tata, gdyż kiedy do niego podjechałem, policjantów już nie zastałem. Twierdzi, że zainteresowali się jego pojazdem nie tylko z powodu oflagowania, ale również zbyt małej prędkości.
91 km. Pogoda wspaniała. Jest ciepło, dwadzieścia stopni. Jedzie się idealnie. Tylko na postojach muchy (czy też osówki) nie dają wytchnienia. Niektóre z nich przerastają swoich polskich kuzynów o trzy wielkości. Trzeba się ich wystrzegać, bo tną niemiłosiernie.
75 km. Jesteśmy na drodze nr 63. Położono świeżą warstwę asfaltu. Widzicie te szare pasy po obu stronach. Te zagłębienia są świetnym budzikiem dla zasypiającego kierowcy. Rower podskakuje na tym, jak na kocich łbach. Niektóre jezdnie mają tego typu wycięcia dodatkowo po środku.
65 km. Klinika w Jokikylä. To wczoraj wydawało się niemożliwe, dziś już takie nie jest. Pod kierunkiem chirurga pana Mieczysława, zespół lekarzy, przywrócił życie nawigacji. Cóż to za cuda tutaj się wyprawia. Gdyby ktoś z Was miał jakiś problem z elektroniką, to pan Mieczysława z pewnością zaradzi. 😁
62 km. Na jednym z postojów podchodzi do nas Fin, który akurat zajęty był koszeniem trawy. Po angielsku nie rozumie, więc nie ma sensu wyłuszczać sprawy. Pomocna okazuje się mapa, która tata własnoręcznie przygotował i umieścił na tylnej szybie. Pan Fin rozgadał się po fińsku jak mało kto. Wyrzuca z siebie całe kilometry melodyjnych wyrazów. Są takie dźwięki "iko", "eno" i cała masa innych. Patrzy na nas, czy rozumiemy, a my oczywiście, że tak i kiwamy głowami. Ja mu na to, że jedziemy do miasteczka świętego Mikołaja. I wszystko jasne. Fin uśmiecha się od ucha do ucha i dalej opowiada. A czyni to tak radośnie, jakby dostał wymarzony prezent. A jeśli chodzi o prezenty, to koniecznie przeczytajcie następny wpis.
50 km. Powtórka z wczorajszego dnia - teren pagórkowaty i przeciwny wiatr. Opadów brak.
46 km. Fińskia rogacizna jest bardziej odporna na zimno. Spójrzcie na jej sierść.
42 km. Jezioro Lappa.
39 km. Kiedy las ustępuje nieco miejsca, wyłaniają się domostwa.
36 km. Samochód pojawia się na trasie rzadko, zazwyczaj camper. Więcej tu ptaków niż ludzi.
18 km. Na północ.
10 km. Czy samotnie stojąca armata w lesie jest reliktem wojny radziecko-fińskiej?
9 km. Na szosie ruch znikomy, na lotnisku cisza.
Dzień 13. Piątek. 06.07.2018. Delikatny nocny deszcz wypłoszył komary. A że śpimy mi rozszelnionych drzwiach, to część owadów po prostu się wprosiła. Mimo bzyczenia spało się dobrze. Dzień rozpoczął się już dawno, gdyż na takich szerokościach geograficznych nie ma ciemności w pełnym tego słowa znaczeniu. Panuje tylko półmrok. Zabieramy się zatem za prace, które wykonujemy od pierwszego dnia wyprawy. Tata już przygotowuje śniadanie i kanapki na drogę. Ja zaraz wskoczę w ubiór rowerowy i odwiążę pojazd od drzewa. Trzeba też go lekko oczyścić. Łańcuch nasmaruję, jak ten obeschnie z porannej wilgoci. Zapowiada się słoneczny dzień, więc pora zmienić biwak o te 130 km dalej na północ.

5 July 2018

Jutro dojeżdżamy do drogi nr 63 i będziemy ją jechać do końca planowanego dystansu. Do głównego miasta położonego nad Bałtykiem tj. Oulu mamy jeszcze szmat drogi, ale z takim doborowym towarzystwem, myślę że się uda zajechać tam szczęśliwie. Dziękuję za chęci w wypisywaniu komentarzy i wrzucaniu polubień. U nas dzień robi się coraz dłuższy, więc przeglądać je można znacznie dłużej niż w Polsce. 😊 Trzymajcie się. Ps. Poczekam jeszcze na prognozę od Kamila. Jakbyś dorzucił jeszcze temperaturę i kierunek wiatru, byłoby ekstra.
Dystans: 140,59 km. Czas pracy nóg: 7:32:13. Średnia: 18,65 km/h. Maksymalna: 38,80 km/h. Lokalizacja: https://maps.google.com/maps?q=62.8657085+23.5080387 Udało się dziś nie zmoknąć! Tak jak prognozował Kamil, deszcz nas nie dopadł. Buty przeschły. Podpaski się sprawdziły, ale tylko w czasie, kiedy stopa dociskała podeszwę. Jeśli chcecie wrzucić je do środka buta i czekać na cud, to odradzam. Podpaska owszem, ale tylko w pierwszym przypadku. Licznik odzyskał kondycję, nawigacja padła. Wyczuć można swąd palonej elektroniki, kiedy podłącza się urządzenie do prądu. Żal mi utraty sprzętu, bo sprawdzał się znakomicie.
135 km. Piękna jest Finlandia, gdy nie pada deszcz.
125 km. Finlandia preferuje zamiast naczep wieloosiowe przyczepy, które są dłuższe niż sam pojazd ciężarowy.
123 km. Informuję, że licznik rowerowy odzyskał przytomność; nawigacja nadal wykazuje stan krytyczny.
Lotnisko na zawołanie
115 km. Język fiński lubuje się w długich, ciągnących się na dziesiątki centymetrów, wyrazach. Kto z Was, po przeczytaniu dwukrotnie tych nazw, potrafi je bezbłędnie powtórzyć. Moim zdaniem znak ostrzegawczy informuje, że z jezdni utworzy się pas startowy dla samolotów. Coś takiego mamy u siebie na przykład pod Warlubiem.
103 km. W otwartych przestrzeniach wiatr staje się dokuczliwszy.
97 km. W Finlandii nie wypatrzycie zbyt wiele samochodów typu pojazdu pana Mieczysława. Stąd też i problem z olejem, którego potrzebowaliśmy. Jeżdżą tu głównie auta nowe, ktore bynajmniej na takowe wyglądają. Jakieś 10 procent motoryzacyjnej populacji to samochody z przyczepami campingowymi lub campery. A przyczepy to nie takie małe klitki tylko wielkie szafy, do których wejdą słoń i aż trzy żyrafy. 😋
85 km. Do Alavus, a potem dalej na północ.
83 km.
61 km. ...w górę.
59 km. W dół i...
58 km. Droga od samego dzisiejszego dnia obfituje w dużą ilość podjazdów. Jest tak, jak w południowej Litwie, tyle że lasy rosną tu wszędzie.
47 km.
42 km. Krótka przerwa.
38 km.
36. Dzięki pomocy Kamila, która zaangażował się w wyszukiwanie lokalnych stacji pogodowych, możemy cieszyć przebłyskami Słońca.
30 km. Miejsce zamieszkania bywa nieco odległe od głównej szosy. Dlatego skrzynki pocztowe zamieszczane są tuż obok niej. Te akurat są wolnostojące, ale widział także te, które widziały pod drewnianym zadaszeniem.
26 km. Droga przecina las. Od czasu do czasu pojawia się jakieś jezioro. Niebo zakryte jrst szczelnie chmurami.
8 km według licznika samochodowego.
Dzień 12. Czwartek. 05.07.2018. Budzi się dzień, na razie bezdeszczowo. Przygotowujemy się do wyjazdu. Moją nawigację rowerową (której cena zbliżona jest do wartości pralki) prawdopodobnie trafił szlag. Jak zapewniał fiński producent miała działać w każdych warunkach pogodowych, ale chyba przestaje, kiedy upływa czas gwarancji. A ta minęła w połowie czerwca. Urządzenie nie chce pobierać prądu. Panel jest czynny dopóki ma energię, a co potem? Zaistniała sytuacja mocno mnie irytuje. Zrobię screeny przygotowanej trasy z komputera i zamieszczę w telefonie. Jest jeszcze mapa. Mało dokładna, ale zawsze. Dzień zaczął się po prostu cudnie, aż przekleństwa cisną się na usta. Ta Finlandia chyba nas niespecjalnie lubi. Ps. Właśnie się dowiedziałem, że od tej cholernej wilgoci padł licznik rowerowy.

4 July 2018

Dzisiaj przekroczyliśmy bardzo ważny punkt. Do Nordkapp pozostalo nieco ponad 1300 kilometrów, czyli tyle ile już zostawiliśmy za sobą. 😄
150,84 km. Dojechaliśmy do tego zakątka. Prognozy Kamila się sprawdziły. Ledwo co zjedliśmy naprędce przygotowane flaki, a tu już niebo pomruczało. Siedzimy teraz w samochodzie. Wymyci ekspresowo. Do butów włożyłem podpaski. Sprawdzę ten wynalazek, jakiego mi poleciła mama. Co się tyczy gazet, ciężko to jakieś na trasie dostać, chyba że z jakiegoś supermarketu. Na siodełku spędziłem 7:30:48. Średnia 20,07 km/h, maksymalna 48,02 km/h. Jeszcze raz dziękuję za dużą porcję pozytywów i zachęty na dalsze kilometry. Co ja bym bez Was zrobił?
146 km. Finlandia.
135 km. Tuż po tym, jak skończyło się zwiedzanie, do akcji przystąpił deszcz, serwując mi długą kąpiel. Obecna ścieżka rowerowa jest bardzo dobrej jakości. Jedzie się gładko. Za trzysta metrów te dobro się pogorszy, aby zupełnie zniknąć.
Tampere jest stolicą muzeów. Działa tu jeszcze jedyne w Europie Muzeum Lenina. Mógłbym wejść, ale Muminki mnie już zbyt dużo kosztowały. Prezentuję Wam zdjęcia, jakie zrobił we wnętrzu tata.
Kupiłem bilet za 12 Euro, żebyście i Wy mieli okazję zobaczyć eksponaty. Pan w kasie widział, że trzymam telefon z power bankiem, ale słowa nie pisnął. Dopiero, kiedy dokonałem transakcji i przeszedłem do sali, pani tam pracująca, zakazała robienia zdjęć, tłumacząc zachowaniem praw autorskich. No i nici wyszły. Ogólnie pomysł fajny, jeśli ktoś lubi sympatyczne trolle Muumi. Sceny zaczerpnięte z książek są uplastycznione. Figurki bardzo precyzyjnie wykonane. Ogólnie chodzi się w półmroku. Każda scenka jest odpowiednio podświetlona. Muzeum zrobiło na pozytywne wrażenie. Ściany są zaprojektowane w kształcie książek autorki Tove Jansson. Są też stanowiska interaktywne dla dzieci. Zauważyłem również kącik światłocieni, gdzie nasz cień przekształcany jest na postać z książek. W zależności od proporcji osoby, mamy innego bohatera.
Muzeum Muminków mieści się w tym oto kompleksie. Zajmuje jedną z jego wielu części.
104 km.
88 km. Chmury sieją deszcz.
77 km. Takie widoki też tu można spotkać. Pozostałości po świątyni.
58 km. Kraina tysiący jezior.
56 km. W połowie drogi do Tampere.
43 km. Droga nr 57 w zasięgu wzroku.
38 km. Wyjeżdżam z miasta. Jak widzicie tutejsze ścieżki rowerowe są tak zaprojektowane, aby nie kolidowały z drogą główną. Tunelem przedostaniemy się na drugą stronę traktu. Przed chwilą zadzwonił tata. Udało się kupić poszukiwany olej. To zasługa Finnów, którzy byli nam bardzo pomocni. W sumie trzeba było odwiedzić dwa miejsca. Najważniejsze, że silnik będzie sprawny. Ps. Jeszcze nie pada. Niebo zachmurzone.
36 km. Hämeenlinna. W miejskim parku mieszkańcy mogą korzystać z parku linowego.
14 km. Droga, z której korzystamy od Helsinek, wije się raz prawej, raz z lewej strony autostrady. Wstaję Słońce. Wilgoć wyczuwa się wokół. Szukamy oleju do silnika. Parametry, które potrzebujemy, nie znalazły się na półkach w napotkanej stacji paliw.
Dzień 11. Środa. 04.07.2018. Moi Drodzy, dziękuję Wam bardzo za słowa wsparcia, które napisaliście w komentarzach lub w SMS-ach. Dały mi one nowy zastrzyk sił. Rzeczy, jak można było przewidzieć wcale nie wyschły. We wnętrz samochodu wyczuwa się wilgoć. Marznąć, nie marzniemy, więc głowa do góry. Dzień rozpoczął się mgliście. Jesteśmy po śniadaniu. Wskakuję w mokre buty i jadę do Tampere. Taki jest cel. Chciałbym pokazać Wam muzeum Muminków. Oby tylko deszcz nie pojawił się zbyt szybko. Ps. Dziś pan Mieczysław obchodzi swoje urodziny. Z tego powodu życzę mu dużo 😄😄😄 .

3 July 2018

60,59 km. Dalej dziś nie pojedziemy. Jedna wielka ściana ciągle padającego deszczu. Ochraniacze na nogi, markowej firmy, za które wydałem niemałe pieniądze, w ogóle się nie sprawdziły. Woda zalała buty po same kostki. Na domiar złego nie zdążyłem wypiąć się z pedału podczas manewru zawracania (szukałem wtedy miejsca na odpoczynek) i rypnąłem na żużel jak długi. Jakiś narwisty zrobił się mój rower. 😊 Motywacja do podróży spada, nie ukrywam. Prognozy pogody zmieniają się jak w loterii. Póki co, rzeczy suszą się pod maską samochodu, tata pichci coś ciepłego. Szczerze mówiąc, nie wiem jak mu się udaje, kiedy wokół unosi się tyle wody. Zatrzymaliśmy się tu: https://maps.google.com/maps?q=60.7844383+24.6848217 Jechałem 3:04:58 ze średnią 19,65 km/h. Maksymalna wykazała 44,50 km/h, ponieważ teren był urozmaicony w pagórki. Przepraszam, że narzekam, ale dziś odwiedził mnie pan Maruder. 😉
28 km. W kierunku Tampere.
Siąpiący deszcz nie odpuszcza. Szkoda czasu. Wyruszam.
Godzina postoju kosztuje cztery Euro. Nie można liczyć na łut szczęścia, bo tu i ówdzie dostrzec można pary strażników miejskich. Musimy niestety przerwać nasze zwiedzanie. Deszcz też jest tego powodem. Wyjeżdżamy z miasta. Stoimy teraz na parkingu. Za chwilę podejmiemy czynności związane z przygotowaniem roweru. Trzeba ponownie zamontować przednie koło, coś zjeść i się przebrać w odpowiedni strój. Według prognoz za dwie godziny na zawitać słońce. Czekamy zatem.
Charakterystyczne tramwaje tego miasta.
Schrońmy się we wnętrzu świątyni.
Rzucamy okiem na Plac Senatu, na którym gromadzą się turyści. Deszcz siąpi niemiłosiernie.
Pozdrowienia. 🇫🇮
Katedra luterańska z pomnikiem cara Aleksandra II. Finlandia stanowiła integralną część Wszechrosji, jako jej prowincja.
Pierwsza zdjęcia ze stolicy Finlandii.
Opuszczamy prom i niemalże natychmiast uderza nas wielkość tego miasta. Styl architektoniczny bardzo wyrazisty, mocno podkreślający historyczność. Sobór Uspieński po prawej stronie.
Witajcie w Helsinkach! 😁
Meandrując między drobnymi wysepkami, wchodzimy do portu.
Helsinki na horyzoncie.
Kurs na Finlandię. Fale bardzo spokojne. Na dziesiątym pokładzie tak lekko kołysze, że można zasnąć.
Za dwie godziny zapraszam do zgłębiania drugiego rozdziału o nazwie "Suomi". Przed nami wielki znak zapytania, co czeka nas w czasie jego trwania. Ale, co tam. Przygoda trwa! 🤗😊
Jest jednak coś, co wyraża swoją odmienność. Dużo pustostanów, drewnianych chałup, gdzie mech pokrywa dach, a bieda wypełnia wnętrze. Na drodze ludzi mało. Jeśli już to jakby nieobecni. We Francji, Hiszpanii i Portugalii kierowcy pozdrawiali klaksonami, na ulicy ludzie kiwali lub radośnie krzyczeli "Polska", widząc flagę. Tu nic takiego się nie działo. Nawet dzieci były mocno zdziwione, jeśli się do nich uśmiechało. Odnosiłem wrażenie, że nie wiedziały, czy im wolno odpowiadać na pozdrawienia ze strony rowerzystów. Trochę to dziwne i smutne zarazem, ale może to sugestywne odczucie. Należy pamiętać, że Łotwa i Estonia to kraje stosunkowo młode. Gościli tu Duńczycy, Krzyżacy, Polacy z Litwinami, Szwedzi, a ostatnio Rosjanie. Języki zaś są bardzo melodyjne. Chętnie się je słucha, mimo że nic a nic się nie rozumie. 😊
Powoli zamykamy rozdział "Baltica". Spędziliśmy nad nim ponad 700 kilometrów, przemierzając trzy kraje. Kraje o innych walorach kulturowych i geograficznych niż rejon środkowej Europy. Dominują tu głównie lasy. Są i pola z przewagą łąk, po których wiatr daje sobie upust. Jak pada, to pada długo, 😁 bynajmniej w czasie naszej podróży. Jacy są mieszkańcy tych ziem? Z pewnością otwarci, z dużą dozą chęci pomocy i zrozumienia. Szczególnie w Estonii, w tyglu wielonaradowości, gdzie mieszając się języki bałtyckie, ugrofińskie, germańskie i słowiańskie, poczuć można Europę.
Trwa jeszcze załadunek. Samochody ciężarowe i autobusy wjeżdżają na pierwszy poziom, osobówki na piąty. Osoby bez pojazdów spieszą na siódmy. My siedzimy na poziomie ósmym, zresztą jak większość podróżujących. Można stąd lepiej widzieć to, co dzieje się na zewnątrz. Jest 7:50. Odbijamy od brzegu.
Tallinn skąpany w porannym deszczu.
Na promie.
Jesteśmy za bramkami. Pierwsza kontrola dokumentów i potwierdzenia rezerwacji. Otrzymujemy bilety. Podjeżdżamy do drugich bramek.
Dzień 10. Wtorek. 03.07.2018. Dzień rozpoczął się deszczem. Teraz mży. Stoimy przed terminalem. Przed nami furgonetka z Czech. Lekkie zdenerwowanie ich i nasze sprawia, że dogadujemy się bez znajomości języka drugiego. Dopytujemy kierowcę z Estonii, czy znajdujemy się we właściwym miejscu. Wszystko pasuje.

2 July 2018

Na koniec zagadka. Na Łotwie czy w Estonii zrobiliśmy wyższy, rowerowy kilometraż? Nagrodą jest możliwość przejechania się Krossem przez dystans równy różnicy kilometrów w powyższym zadaniu. 😁
Jutro czeka na nas prom, o czym pisałem wcześniej. Nigdy nie korzystałem z tego środka transportu. Przepraszam, trzy razy w Nieszawie, dwa na trasie Hel-Gdynia i raz w Lizbonie. Teraz jednak to grubsza sprawa. Trzymajcie kciuki, oby wszystko gładko się ułożyło. Planowo płyniemy dwie godziny czterdzieści. Potem czekamy aż przestanie padać deszcz, (czekamy długo), robimy małą wycieczkę po Helsinkach i przez dwie godziny jeździmy rowerem po Finlandii. Pasuje?
Dochodzi 20:00. Wróciliśmy do kwatery. Wycieczka się zakończyła. Krótko mówiąc, Tallinn jest niewątpliwie pięknym miastem, zadbanym, utrzymany w czystości. Pełno tutaj urokliwych miejsc; na każdej uliczce znaleźć można coś interesującego. Turystów taki sam ogrom jak w Krakowie. Polską mowę usłyszeć też można i to nie tylko z Polski, ale nawet z Izraela, bo i taka okazja nam się przysporzyła. Hindusi i Chińczycy są zaraz po Rosjanach dominującymi zwiedzającymi. Warto tu przyjechać na kilka dni, ale nie w taką pogodę jak mamy teraz. Jeśli już, to zabierzcie czapki i rękawiczki. Mówię poważnie. Przepraszam za małe zmiany w układzie zdjęć. Teraz, wieczorem, kiedy mam ciut więcej czasu, poprzestawiałem niektóre z nich po to, żeby zachować spójność. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.
Miasto ma bardzo dobrze zachowaną fortyfikację: mury obronne, bramy, wieże i baszty.
Cerkiew św. Aleksandra Newskiego.
Niektóre kamienice przypominają nasz toruński "Dom pod Gwiazdą". Ps. Na trzecim zdjęciu postać Marcina Lutra. Tak mniewam opierając się na wiedzy, jaką zdobyłem podczas trzeciej wyprawy rowerowej.
Przejmujące zimno i pochmurność sprawiły, że zaszliśmy do małej knajpki mieszczącej się na bocznej uliczce. Zupa grzybowa smakowała, to fakt. Drugie danie to porażka. To już ja sam (przy swoim beztalenciu) lepiej doprawiłbym kurczaka i go podsmażył. Zdjęcia drugiego nie zrobiłem z powodu wyższego. Za to chleb, owszem nie powiem, smaczny.
W piwnicach tej kamienicy, podczas rządów ZSRR, mieściło się więzienie KGB. Symboli radzieckich znajduje się tu wiele. Na ulicach częściej słychać język rosyjski niż estoński. W sklepikach i restauracjach śmiało można posługiwać się tym językiem. Estończycy władają nim tak samo swobodnie, jak Hiszpanie hiszpańskim. Mieszka tu spora populacja Rosjan.
Tuż obok trzech sławnych w Estonii kamieniczek, jest jeszcze jedna perełka tego miasta. Coś dla historyków i marynarzy. Specjalnie dla Rafała Ż. 2 lutego 1939 roku okręt ORP "Orzeł" został oficjalnie włączony do Marynarki Wojennej. W składzie Dywizjonu Okrętów Podwodnych i wziął udział w początkowym okresie obrony Wybrzeża. Internowany w stolicy Estonii, zdołał zbiec. Pozbawiony map, do 7 października kontynuował patrol na Bałtyku, po czym przez cieśninę Sund przepłynął do Wielkiej Brytanii. Operując z Wysp Brytyjskich, 8 kwietnia 1940 roku podczas patrolu na Morzu Północnym, zatopił transportowiec „Rio de Janeiro”, przewożący wojska niemieckie w ramach operacji Weserübung – informacja przekazana przez „Orła” była jednym z pierwszych sygnałów świadczących o niemieckiej inwazji na Norwegię. Z niewyjaśnionych do dziś przyczyn, ORP „Orzeł” zaginął wraz z całą załogą podczas patrolu na Morzu Północnym na przełomie maja i czerwca 1940 roku.
W Rydze Trzej Bracia, w Tallinnie Trzy Siostry. Trochę nam zeszło czasu, aby je odnaleźć.
Kosciół św. Olafa. Wieża widokowa jest otwarta. Wrota do wnętrza kościoła już nie.
Kamienice są naprawdę niesamowite.
Lizbona posiada na swym koncie najstarszą księgarnię Europy. Tutaj jest najstarsza apteka. Zakupiłem w niej... marcepana. Kosztował 2 Euro. Taki drogi, bo pewnie leżał sobie w składziku przez pięćset lat.
Znajduję się na rynku, którego centralne miejsce zajmuje oczywiście ratusz. Tym razem nie zapomniałem o fladze Złejwsi Wielka. Z tego miejsca pozdrawiam całą gminę, pracowników i kolegów z pracy, grono uczniów i absolwentów (tych młodszych, starszych i już rodziców) oraz cała doborową gwardię ze starego Gimnazjum 21 w Toruniu. Estonię uważam za zdobytą. 🇪🇪
Takie ciasne uliczki przypominają mi Lizbonę.
Kościół św. Olafa posiada najwyższą iglicę spośród wszystkich budowli sakralnych w Europie. Była jeszcze wyższa, ale kilkakrotne pożary, powstałe na skutek wyładowań atmosferycznych, sprawiły, że wieńczenie wieży zostało skrócone. Obecnie mierzy ona 123,70 metry. W głębi nasz jutrzejszy środek transportu.
W sercu Tallina. Opera.
Jedziemy samochodem do centrum miasta. Nowoczesne budowle dosłownie wyrastają na starej architekturze. Przypatrzcie się trzeciemu zdjęciu. 😁
Jesteśmy zakwaterowani. Mieszkanie to właściwie jedno duże pomieszczenie podzielone na części. Ostatnie zdjęcie jest dla Agaty.
38,05 km. Chyba jesteśmy na miejscu. Szkoda, że właścicielka kwatery nie odpisała wczoraj wieczorem albo przynajmniej dziś rano, co do możności naszego przyjazdu. Można by było wyjechać później. A tak mamy czas do 13:00 - 13:30. Siedzę teraz w samochodzie. Przebrałem się. Nie ma sensu wychodzić na starówkę póki jeszcze nie została załatwiona pierwsza sprawa. Koniecznie potrzebuję kąpieli. Po zakwaterowaniu, włożymy rower do samochodu. Przygotujemy się tym samym do przeprawy promowej. Wypływamy pierwszym promem o 8:00, ale na odprawie trzeba być półtora godziny wcześniej. Będziemy dwie, ponieważ muszę jeszcze odebrać bilet, po uprzednim przedłożeniu dowodu jego zakupu przez Internet. Rower nie będzie dziś już pracować. Dopiero jutro w Helsinkach. Przejechałem mało kilometrów i równie mało siedziałem na siodełku - 2:07:47. Średnia pod wiatr i w mieście wykazała 17,86 km/h, najwyższa 26 km/h.
27 km.
Dzień 9. Poniedziałek. 02.07.2018. Czołem wszystkim. U nas pogoda nie uległa poprawie. Jest dokładnie tak samo jak wczoraj z tą różnicą, że pada deszcz. Lato skończyło się na Litwie. Tutaj panuje wiosna albo jesień - jak kto woli. Wyjeżdżamy o 8:00 naszego czasu. Za trzy godziny będziemy pod tym adresem: Juhkentali 38, Tallinn, Harju maakond 10132. Zabukowałem tam kwaterę.

1 July 2018

Podsumowanie. Zależało mi na tym, żeby jak najbliżej znaleźć się stolicy. Jutro ma lać i to konkretnie. A im mniej kilometrów, tym szybciej u celu i mniej wody na sobie. Rower pracował przez 8:36:46, dając średnią 19,22 km/h. Maksymalna wykazała 28,5 km/h, co przy dzisiejszym wietrze jest wynikiem niespodziewanym. Kończąc dzisiejszy dzień, dziękuję za cierpliwość w podróżowaniu. W rekompensacie obiecuje, że jutro nie będziemy w ruchu więcej niż trzy godziny (przy parametrach dzisiejszego wiatru). Do Tallinna jest tak daleko jak z Jakubskiego Przedmieścia w Torunia do mostu we Fordonie tj. niecałe 40 km. Ps. Uzupełniłem blog dopisując to i owo.
165,56 km. Miejscówka znaleziona przez tatę pod współrzędnymi: https://maps.google.com/maps?q=59.1381875+24.7971173 wzbudziła wielkie zainteresowanie wśród miejscowych. To pewnie zasługa oflagowania Skody. 😁 Oceniając po markach ich samochodów oraz znajomości angielskiego, mamy do czynienia z wyższym standardem niż w innych rejonach Estonii. Pozwolono nam zostać i życzono dobrej podróży, po tym jak zaspokoiło się ich ciekawość. Proszono tylko, aby nie rozpalać ognia. Liczę na to, że nie będziemy mieć kolejnej wizyty. Przynajmniej poznaliśmy sąsiadów. Ich dom widzicie na zdjęciu.
153 km. To pierwszy przejazd kolejowy, którego widzę w Estonii. Jest bardzo dobrze oznakowany. Już z daleka pulsujące białe światło ostrzega o niebezpieczeństwie, nawet kiedy nie jedzie pociąg. Parę miut później mija mnie pomarańczowo-czarny szynobus.