Thailand · 18 Days · 24 Moments · December 2017

Tajlandia Honeymoon


19 December 2017

Dzień 18, Ko Mook Ostatni dzień plażowania. Pogoda była tego dnia słaba - praktycznie zero słońca i chmury. Spędziliśmy go na jedzeniu i siedzeniu na leżaczkach na pobliskiej plaży 🙂 Na koniec dnia całkiem niezły zachód słońca.
Dzień 17, wycieczka na Ko Kradan, cz.2 Ostatni przystanek wycieczki to Emerald Cave - jaskinia na wyspie Ko Mook. Planowaliśmy tam popłynąć kajakiem, ale udało się w ramach tej wycieczki. Zwiedzanie tej jaskini było bardzo ciekawe. Kilkanaście łódek parkowało jedna koło drugiej przy wejściu. Następnie zakładało się kamizelkę ratunkową i po prostu wskakiwalo do wody.Tak ubranym płynęło się za przewodnikiem (nie jakoś bardzo daleko) do jaskinii. W pewnym momencie było tam całkowicie ciemno i to właśnie przewodnik oświetlał drogę (cały czas płynęliśmy w wodzie). Na końcu jaskinii znajdowała się mini plaża, otoczona z każdej strony skalnymi ścianami porośniętymi bujnie roślinnością. Widok niesamowity i świetne doświadczenie 😀 Potem powrót do łódki i przepłynięcie na naszą plażę. Wycieczka miała trwać 4 godziny, a wyszło w końcu 7 🙂 Na koniec dnia poszliśmy oddać motorek i coś zjeść przy drugiej plaży. Na zdjęciach widać jak ogromny odpływ był o tej porze dnia.
Dzień 17, wycieczka na Ko Kradan, cz.1 O 8:30 wypłynęliśmy longboatem na wycieczkę z naszej plaży. Oprócz wspomnianych Holendrów na pokładzie były jeszcze dwie pary z Niemiec. Pierwszy przystanek był niedaleko wyspy Ko Kradan - zakotwiczyliśmy na morzu, dostaliśmy maski i rurki i mogliśmy pływać i oglądać rybki. Rafa oczywiście z grubsza martwa, ale rybek było całkiem sporo. Co chwilę czuć było też takie lekkie ukłucia - to mikro meduzy, na szczęście niegrozne. Dalej wylądowaliśmy na plaży Ko Kradan. Plaża piękna i początkowo turystów niewiele. Po pewnym czasie jednak zrobiła się ich po prostu masa. Ogromne statki z Azjatami napływały co chwilę. Na jednym ze zdjęć widać jak kolejka Azjatek czeka aby sobie zrobić zdjęcie na huśtawce. Na plaży byliśmy ok 3h po czym łódka zabrała nas w kolejne miejsce do snorkelingu. Tutaj było jeszcze lepiej pod względem rybek i byliśmy bardzo zadowoleni z tego co zobaczyliśmy.
Dzień 16, Ko Mook Pierwszą połowę dnia spędziliśmy na plaży najbliżej naszego zakwaterowania - oddalona o około 500m. Ludzi nie było dużo i sama plaża też chyba ładniejsza od tej na cypelku. Po południu pojechaliśmy do wioski rozeznać się w cenach wycieczek na wyspę Ko Kradan. W naszym hotelu mieliśmy ofertę spędzenia tam 4h za 140 zł za 2 osoby i chcieliśmy znaleźć coś taniej. Tego dnia Kamila uczestniczyła też w lekcji tajskiego gotowania 🙂 Wykupiliśmy taki kurs za 50 zł - w ramach tego wybierało się trzy potrawy jakie chce się nauczyć i potem można je było zjeść. Wybraliśmy sałatkę z papayi (ulubione danie Kamili w Tajlandii), zupę Tom Ka (moje ulubione danie) oraz Pad Thai. Jak się okazało, Kamila była jedyna uczestniczką kursu tego dnia, więc miała całkowicie indywidualną lekcję 🙂 Dania wyszły przepyszne, a kurs bardzo jej się podobał. Na koniec dnia okazało się że możemy dołączyć się do wycieczki z dwójką Holendrów z naszego hotelu - wychodziło więc sporo taniej.
Dzień 15, Ko Mook Na Ko Ngai spędziliśmy tylko dwie noce. Następna wyspa to Ko Mook - trochę większa od poprzedniej. Po sprawnym transferze i zostawieniu bagaży w pokoju, poszliśmy do "centrum" wioski. Po drodze oglądaliśmy dość niemiły obraz - wyglądało to jak tutejsze slumsy. Masa domów zbudowanych na palach, a pod nimi masa śmieci (w porze deszczowej zapewne znajdowało się tam dużo wody). Dalej sama wioska wyglądała już standardowo - dużo sklepików (ceny normalne jak w całej Tajlandii), biur podróży, restauracji. Zwiedziliśmy jedną dużą plażę, która znajdowała się na cypelku wyspy i było przy niej sporo bardziej niż nasz luksusowych domków 🙂 W drodze na plażę przechodziliśmy koło muzułmańskiej szkoły dla dzieci i Kamila została zaczepiona przez dwie dziewczynki. Koniecznie chciały z nią przybić piątkę i żółwika 🙂 Na tej wyspie wynajęliśmy ponownie skuter - na dwie doby. Wieczorem zaczęło grzmieć i rozpadało się na dobre - padało rzęsiście jakieś 40 minut.
Dzień 14, Ko Ngai Tego dnia postanowiliśmy zobaczyć druga plażę - znajdująca się po przeciwnej stronie wyspy. Po ok 30 spacerze przez dżungle udało się do niej dotrzeć. Plaża była praktycznie bezludna - nosiła nazwę Paradise 🙂 Zaledwie 4 osoby przebywały na niej w szczytowym momencie. Kamila wyłożyła się na hamaku i tak leniuchujac spędziliśmy tu ok 2h. W międzyczasie kilka osób przychodziło tą samą ścieżką zobaczyć ta plażę. O dziwo byli to sami Polacy. Potem korzystaliśmy z plaży przy resorcie,a wieczorem poszliśmy na bufet w restauracji na końcu plaży. Za 35zl/osobę było do wyboru ogromnie dużo jedzenia - większość flagowych dan tajskich, owoce morza,a nawet pan smażył na życzenie makaron z wybranymi składnikami.
Dzień 13, Ko Ngai Czas na kolejną wyspę! Szybką motorówką zabrano nas na wyspę Ko Ngai - transfer trwał chyba tylko 20 minut. Generalnie w Tajlandii jest bardzo tanio, ale ta wyspa należy do jednych z droższych. Ceny tutaj podobne do polskich. Przepiękna plaża, bardzo ładny resort - dostaliśmy ekstra bungalow. Od razu po przyjeździe poszliśmy na rekonesans - do końca plaży, wzdłuż resortów. Mijaliśmy też trochę longboatow - ludzie z innych wysp przypływają na krótkie wycieczki. Z 2h przed zachodem wziąłem sobie kajak i popływałem z 45 minut. Wieczorem poszliśmy na sam koniec na drinki - pan grał tam na gitarze i śpiewał całkiem dobrze.

16 December 2017

Dzień 12, Koh Jum Dzień rozpoczęliśmy na śniadaniu które odbyło się w towarzystwie małpek. Rodzina makatek usadowila się na najbliższych drzewach, dzięki czemu mogliśmy obserwować ich harce z bliska. Małpek było ok. 6-8, w tym kilka naprawdę malutkich. Super było je obserwować. Niestety w momencie gdy wróciliśmy po aparat małpek już nie było. Przed południem by żyliśmy się na naszej plaży. Naszej także dlatego, że było na niej tylko kilka osób. Po południu przejażdżka wynajętym skuterem po jednej drodze która była na wyspie. Obiad zjedliśmy po raz trzeci w tej samej restauracji prowadzonej przez tajską rodzinę. Jedzenie było mega dobre. Gdy robiliśmy ostatni kurs do sklepu, zdarzyła się mała przygoda - złapaliśmy gumę w tylnym kole. Na szczęście pomocni mieszkańcy wioski podrzucili nas do warsztatu gdzie mam to szybko naprawiono.

12 December 2017

Dzień 11, Koh Jum Po całkiem niezłym śniadaniu (oferowali nie tylko tosty z dżemem, ale można powiedzieć obiadowe dania - curry z kurczakiem, grillowane warzywka w sosie, ryż, makaron smażony). Nasz cel na ten dzień to wypożyczenie skutera! W hotelu już nie mieli, ale zaoferowali nam podwiezienie do wioski do innej wypożyczalni z czego skorzystaliśmy. Po 30 minutach już mieliśmy skuter 🙂 Jazda testowa w pojedynkę, a potem już z Kamilą i pojechaliśmy na południową część wyspy, która nie jest muzułmańska. Na początku wzięliśmy kaski (ich noszenie jest wymagane w Tajlandii), ale jako że to mała wyspa i nikt inny kasku nie nosił to je oddaliśmy. Po dotarciu na południe, ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Wyspa nie jest duża. Po 15 minutach dotarliśmy do końca asfaltu po drugiej stronie. Potem powrót po piwo na południe, hotel, znów skuterem do miejsca gdzie jedliśmy wczoraj(szczególnie pyszna zupa Tom Ka) i znów hotel.
Dzień 10, Koh Jum cz 2 Koh Jum Resort składa się z kilkunastu domków położonych na lekkim wzniesieniu przy samej plaży. My zarezerwowaliśmy sobie dość duży bungalow - z tarasem (widok na morze) oraz ogromną wanną w środku. Po rozpakowaniu poszliśmy w stronę wioski. Do samego hotelu nie ma asfaltu, tylko wyboista droga ok 1 km. Potem asfalt się zaczyna i jesteśmy po kolejnych 15 minutach wśród kilkunastu zabudowań. Ta część wyspy jest muzułmańska. W sklepach nie kupi się alkoholu, kobiety chodzą w chustach na głowach (ale nie są całe zakryte od stóp do głów), mają swój meczet. Idąc za opiniami z map Google znaleźliśmy miejsce z przepysznym, domowym tajlandzkim jedzeniem w rozsądnych cenach. Najedzeni uzupełniliśmy zapasy picia i wróciliśmy do hotelu. Wieczorem pozostało tylko obserwować piękny zachód słońca widoczny na wprost z plaży.
Dzień 10, Ao Nang, Koh Jum, cz.1 Śniadanie, wymiana dolarów na bahty w porcie i o 10 czeka na nas bus przed hotelem. Byliśmy w nim tylko na nocleg, ale właścicielka i obsługa hotelu przemili. Zrobiliśmy sobie na koniec z nimi zdjęcie. Bus oczywiście musiał pokrazyc po okolicznych hotelach żeby zebrać innych którzy zarezerwowali transfer. Nie ma tutaj pustych przebiegów busów. Po pół godziny jesteśmy w porcie w Krabi,skąd odpływa prom na Kho Lante.Wszystko trwa strasznie długo i wypływamy sporo po ustalonym czasie. Prom jak wspomniałem był ma Kho Lante,lecz nasza docelowa wyspa znajdowała się po drodze.Sprawa wygląda tak że w pobliżu wyspy jest tzw. przystanek, a więc prom staje, a do niego podpływają łodzie - każda z innego hotelu. Trzeba się do nich przesiąść,a dana łódź płynie już pod samą plaże przy hotelu. W taki oto sposób znaleźliśmy się w Koh Jum Resort....
Dzień 9 Po nocy w domku na jeziorze pobudka była o 6 rano - zdążyliśmy się załapać jeszcze na wschód słońca. Potem kawa i wsiadamy na łódkę w poszukiwaniu zwierząt. Kilka tukanów i małp później wracamy na śniadanie i czas wolny do 11:30. My poza kąpaniem w jeziorze, wzięliśmy sobie kajak (było ich kilka przy pomoście - można było korzystać do woli) i zrobiliśmy parę rundek. O 12 obiad, wsiadamy na łódkę i znów bardzo przyjemna podróż do przystani z której poprzedniego dni wypłynęliśmy na jezioro. Ten dzień był praktycznie w całości przeznaczony na dojazdy. Z przystani w busika z powrotem do hotelu, z hotelu mieliśmy busa o 16 do Ao Nang ma południowym wybrzeżu. Mimo że do przebycia było 120 km, jechaliśmy tam 4,5 godziny! A to dlatego że po drodze zabieraliśmy jeszcze znajomych kierowcy (w pewnym momencie siedzialo 4 osoby na jednym siedzeniu) i generalnie jechaliśmy bardzo naokoło. W końcu dotarliśmy do noclegu i jedyne na co był czas to kolacja.

11 December 2017

Dzień 8, cz.2 Następny punkt wycieczki to wyprawa na wodospad. Wsiedliśmy na łódkę i po 20 minutach dobilismy do brzegu skąd zaczynalismy wędrówkę. Przewodnik mówił że na 100% zmoczymy buty. Nie mówił,jednak ze tak naprawdę będziemy chodzić PO wodospadzie - brocząc nie raz po kolana w wodzie. Taka ścieżka była najlepsza, ponieważ skałki po której płynęła woda były wapienne i chropowate, więc nie ślizgaliśmy się po nich, a wręcz przeciwnie mieliśmy dobra przyczepność. Po drodze przewodnik pokazywał roślinność i kilka pająków. Po ok 2 godzinach wróciliśmy na łódź, ale nie wracaliśmy jeszcze do domków. Około 1,5 godziny pływaliśmy od brzegu do brzegu wypatrując zwierząt. Nie mieliśmy wiele szczęścia - widzieliśmy z bardzo daleka tylko kilka małp. Po powrocie pyszna tajska kolacja i spanie w bambusowych domkach. Spało się świetnie 😀
Dzień 8, cz.1 Dzień rozpoczęliśmy wcześnie, bo już o 8:30 czekał na nas pod hotelem bus na dwudniową wycieczkę na jezioro. Razem z nami było 10 osob plus przewodnik bardzo dobrze mówiący po angielsku, a także osoba kierującą łódka. Po przyjeździe do przystani przesiedliśmy się do tz. Long Boat, czyli długa łódkę z ogromnym silnikiem. Rejs do naszych domków na wodzie trwał ponad godzinę, a po drodze były fantastyczne widoki wapiennych skałek gęsto pokrytych roślinnością. Samo jezioro nie jest naturalne - powstało przez zbudowanie tamy i zalanie ogromnego terenu na którym wcześniej było 9 wiosek. Wg przewodnika również zwierzęta były stąd w części wysiedlone przed zalaniem. W końcu dotarliśmy do miejsca noclegu - bardzo prostych domków z bambusa na wodzie. Domków było w sumie że 20, jedna jadalnia, toalety,prąd tyle od 18 do 23.Zjedlismy lunch,a potem mieliśmy ok godziny czasu wolnego,którą wykorzystaliśmy na pływanie w jeziorze - woda była niesamowicie ciepła!
Dzień 7 Kolejny dzień był w całości spędzony w Our Jungle House. Po obfitym śniadaniu poszliśmy na spacer po wiosce - tam i z powrotem przez wioskę do głównej drogi. Blisko naszego ośrodka widzieliśmy stado małp 🙂 Poza tym nic ciekawego tego dnia. Dużą część nocy padało. Wrażenia z nocowania w dżungli, gdy słychać bębnienie deszczu połączone z odgłosami rzeki i wszelkiego otaczającego życia - niesamowite.

8 December 2017

Dzień 6, Khao Sok Po przyjeździe do Surat Thani trzeba było się jeszcze dostać do miejsca gdzie mieliśmy nocleg. Szybkie rozeznanie i już siedzimy w busie do Khao Sok. Kierowca nas pozdwiozl pod samą miejscówkę - Our Jungle House. Koncept tego hotelu to kilkanaście domków otoczonych prawdziwą dzunglą. Część domków jest na drzewach (a właściwie na bardzo wysokich podwyższeniach), a część dużo bliżej ziemi. My właśnie mieliśmy ten drugi rodzaj, z tym że nasz domek był jeszcze przy rzece. Rzeka przypominała polski Dunajec. Organizowano na niej spływy kajakami i pontonami. Przy samej rzece były też ogromne, pionowe ściany skalne. Sam domek był bardzo dobrze wyposażony - wygodne łóżko z moskitierą, łazienka z widokiem na bananowce, mini taras, woda do picia. Resztę dnia spędziliśmy na jedzeniu, zwiedzaniu oddalonej o 20 minut spaceru wioski, a także masażu tajskim. Powrót z wioski do naszych domków to było nieźle przeżycie - mieliśmy latarki, ale momentami otaczała nas totalna ciemność.

7 December 2017

Dzień 5, Kanchanburi, przejazd do Bangkoku i nocny pociąg Rano w Kanchanburi udało nam się jeszcze zobaczyć ponownie most na rzece Kwai (tym razem w świetle dziennym), cmentarz wojenny oraz muzeum kolei budowanej w dżungli przez więźniów podczas drugiej wojny światowej. Następnie wsiedliśmy w busa do Bangkoku i po 2,5 godziny byliśmy na miejscu. Jeszcze tylko taxi i jesteśmy na dworcu kolejowym. Jako że mieliśmy trochę czasu do odjazdu, pochodziliśmy trochę po Chinatown i zjedliśmy owoce morza (siedząc przy stolikach dosłownie na ulicy). O 19:30 ruszyliśmy ze stacji nocnym pociągiem. Każde z nas miało osobne łóżko (ja na dole, a Kamila spala na górze), które krótko po odjeździe ścieliła obsługa pociągu. Świeżutka pościel i warunki do snu naprawdę komfortowe. Zamówiliśmy śniadanie na rano i poszliśmy spać. Po 12 godzinach dojechaliśmy do Surat Thani, gdzie powitał nas deszcz.
Dzień 4, Kanchanburi, Elephant Heaven, cz.2 Po obiedzie nadszedł czas na kolejny spacer. W pewnym momencie doszliśmy do miejsca gdzie słonie mogły potaplać się w błocie. Chyba tylko jeden nie skorzystał, a reszta w krótkim czasie była całą umorusana. Kamila też dostała solidną dawkę błota, bo jak fotografowała słonia w bajorku to akurat postanowił wypuścić błoto z trąby w jej okolice 😀 Po taplaniu przeszliśmy w stronę rzeki. Tam razem ze słoniami wchodziliśmy po pas (niektórzy też pływali) i chlapaliśmy je żeby zmyć błoto. Był to czas na parę zdjęć. Kąpiel w rzece to był ostatni punkt programu po którym odwieziono nas do hotelu. Dzień ze słoniami był super. Widać że są tam naprawdę dobrze traktowane i do niczego nie zmuszane. Nawet podczas spaceru chodziły swoim ścieżkami, zachęcane tylko bananami (uwielbiają je) by szły w dobrym kierunku.

6 December 2017

Dzień 4, Kanchanburi, Elephant Heaven, cz.1 Przyszedł czas na dlugooczekiwany dzień ze słoniami. Busik zabrał nas ok 8 rano z naszego domku i po godzinie byliśmy na miejscu. Od razu powitały nas słonie czekające na nakarmienie. Na ziemi leżały liście bambusa, a obok dynie i arbuzy. Słoni było 7 i wszystkie czekały na karmienie. O choć o zabrałam się do podawania im pożywienia. Było to niesamowite, jak słonie jadły z rąk. Najważniejszy był jednak fakt, iż zwierzęta były dobrze traktowane, niczym nie uwiazane, chodziły gdzie chciały. W większości były uwolnione od ciężkiego życia związanego z tresura, biciem i wożeniem na grzbietach ludzi. Oprócz śniadania przygotowaliśmy bananowy posiłek dla słoni i byliśmy z nimi na ok godz.spacerze. Słonie zacząłem że ścieżek, przechodziły koło nas na odległość kilkudziesięciu cm. Potem był czas na sesję ze słoniami która dzielnie znosiły i obiad w stylu tajskim.

3 December 2017

Dzień 3, Kanchanburi Z Bangkoku udaliśmy się do Kanchanburi. Najpierw z hotelu taxi na dworzec autobusowy, a następnie autobusem (stary jak PKSowy ogórek) ok. 2,5h. Ma miejscu jeszcze podwózka samochodo-tuk-tukiem i jesteśmy w naszym domku. Nocleg na 2 następne dni znajdował się tuż przy rzece Kwai - domek pływał na wodzie i jak tylko przepływała łódka to cały się chybotał. Taras domku wychodził na rzekę - widok super 🙂 Wieczorem wybraliśmy się w okolice słynnego mostu na rzece Kwai. Okazało się, że akurat tego dnia jest zarówno nocny market jak i ostatni dzień musicalu o historii związanej z więźniami wojny i budowaniem tej kolei przez dżungle. Show trwał około godzinę - było dużo śpiewania i co najlepsze - fajerwerki odpalane z mostu (imitowało to nalot bombowy). Na koniec był też pokaz fajerwerków. Po wszystkim poszliśmy coś zjeść na nocny targ i spać.
Dzień 2, Bangkok, cz.3 Po zwiedzaniu świątyń, ponownie wsiedliśmy na prom aby popłynąć w dalszą część Bangkoku. Naszym celem było przejechać się naziemną kolejką SkyTrain z której świetnie było widać miasto. Przejechaliśmy 5 stacji i wysiedliśmy na ostatniej. Okazało się, jest ona blisko centrum handlowego w którym to poszliśmy na jedzenie. Szukaliśmy tam konkretnego miejsca polecanego na forum - jadłodajni dla pracowników, oddalonej od miejsca gdzie jedzą klienci centrum. Udało się - co zaowocowało zjedzeniem przez Kamilę przepysznej, ostro-slodko-kwasnej Som Tam - sałatki m.in.z sosem z papayi. Potem zwiedziliśmy dom Jima Thompsona - Amerykanina-architekta, który wybudował tu tajlandzki dom i niestety zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach w latach 60-tych. Zwiedzanie z przewodnikiem, a dom przepiękny. Do hotelu wróciliśmy na piechotę. Po odświeżeniu wyszliśmy na miasto zjeść, zażyć masażu stóp (tylko Kamila) oraz wypić drinka z wiaderka 🙂

2 December 2017

Dzień 2, Bangkok, cz.2 Poza pałacem królewskim, zwiedziliśmy także dwie inne świątynie. Pierwsza z nich, Wat Pho, znajdowała się jakieś 15 minut drogi na piechotę od pałacu. Na szczególną uwagę w tej świątyni zasługiwał przeogromny posąg Buddhy pokryty złotem (jego głowa na zdjęciu) - chyba największy w całej Tajlandii. Druga świątynia, Wat Arun, znajdowała się po przeciwnej stronie rzeki - krótka przeprawa promem i jesteśmy. W świątyni m.in. chwilę uczestniczyliśmy w modłach mnichów (wyglądali jak ci z Tybetu). Zanim weszliśmy na prom, Kamila zakupiła i wypiła wodę z kokosa 🙂
Dzień 2, Bangkok, cz.1 Dzisiejszy dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Bangkoku. Początkowo udaliśmy się zwiedzać Pałac Królewski. Dzisiaj chyba był dzień wycieczek, bo ulice wokół Pałacu były zamknięte przez policję. Tłumy Azjatów nie napawały optymizmem, ale udało nam się szybko kupić bilet. Tylko jeden, bo drugi otrzymaliśmy za darmo od Amerykanina, który kupił ich za dużo dla swojej grupy za firmowe pieniądze i dał go nam za darmo (wart 50 zł). Pałac robił duże wrażenie, wszędzie złoto i budowle z charakterystycznymi azjatyckimi dachami. Aby wejść do świątyń trzeba tutaj zdejmować buty i zostawiać przed wejściem. Posągów Buddhy była oczywiście niezliczona ilość 🙂

1 December 2017

Po 12 godzinach lotu (z 3 godzinna przesiadką w Katarze), wylądowaliśmy w końcu w Tajlandii. Długa kolejka do kontroli paszportowej, wymiana części dolarów na bahty, kupno karty SIM do telefonu i ruszyliśmy do naszego hotelu kolejką. Po 25ciu minutach mieliśmy się przesiąść do autobusu 59. W międzyczasie przyczepił się do nas jakiś Anglik, który jechał mniej więcej w to samo miejsce i stwierdził, że pójdzie za nami na autobus. Chwilę nam zajęło znalezienie przystanku (okazał się być po prostu ławką) i po 20 minutach byliśmy w hotelu. Mimo wczesnej godziny (10:00) dostaliśmy swój pokój. Odświeżyliśmy się, wyszliśmy zwiedzić okolicę i zjeść pierwszy tajski posiłek (Pad Thai z krewetkami). Po powrocie odespaliśmy trudy lotu, a wieczorem znów wyszliśmy ma słynną ulice Khao San Road tętniącą nocą życiem. Na załączonych zdjęciach widać stoiska z jedzeniem (Michał jadł pyszne curry z ryżem), a także smakowity napój ze zmiksowanych na świeżo owoców za 4 zł (piła tylko Kamila 🙂).